Anonimowi Alkoholicy

W roku 1935 w miejscowości Akron, stan Ohio (USA), spotkało się dwóch mężczyzn uznawanych za „beznadziejnych alkoholików”. Rozmawiali bardzo długo i… nie wypili kropli alkoholu!

Bill W. i Doktor Bob, bo o nich mowa, są uważani za twórców wspólnoty Anonimowych Alkoholików. Dziś na całym świecie, w ponad 153 krajach działają grupy AA, w Polsce jest ich około 1800.

To jest siła, to jest moc POMAGANIA!

Anonimowi Alkoholicy działają na podstawie 12 Kroków i 12 Tradycji AA.

Kroki to program rozwoju duchowego, to droga trzeźwienia. Tradycje to „Konstytucja” AA.

Dla mnie, Marka alkoholika (i terapeuty) trzeźwiejącego już od wielu lat, uczestniczenie w mityngach AA to podstawa utrzymania trzeźwości, podstawa mojego rozwoju. AA to nowe przyjaźnie, AA to bezpieczeństwo moje i moich bliskich.

Na naszym blogu praktycznie w większości felietonów do AA się odwołuję. Oto przykłady:

http://rozwoj-trzezwej-osobowosci.pl/lagodniej-pozytywniej-radosnie/

http://rozwoj-trzezwej-osobowosci.pl/i-kolejnych-24-godzin/

28 czerwca 2016

http://rozwoj-trzezwej-osobowosci.pl/nie-ma-zlych-mitingow/

http://rozwoj-trzezwej-osobowosci.pl/do-przyjaciol-z-malego-mazurskiego-miasteczka/

http://rozwoj-trzezwej-osobowosci.pl/wracam-do-obowiazkow-czyli-slowo-samozwanczego-rzecznika/

http://rozwoj-trzezwej-osobowosci.pl/miting-aa-potrzebny-jak-powietrze/

http://rozwoj-trzezwej-osobowosci.pl/rocznicowy-miting/

http://rozwoj-trzezwej-osobowosci.pl/czy-warto-trzezwiec/

http://rozwoj-trzezwej-osobowosci.pl/mowmy-na-temat/

http://rozwoj-trzezwej-osobowosci.pl/miting-czy-grupa-wsparcia/

http://rozwoj-trzezwej-osobowosci.pl/przywrocmy-sponsora-czyli-dziekuje-ci-bogdanie/

Każdy trzeźwiejący alkoholik powinien zaopatrzyć się w co najmniej dwie podstawowe książki, tj. „12 kroków i 12 tradycji AA” oraz w tzw. „Wielką Księgę” czyli książkę pod tytułem: „Anonimowi Alkoholicy”

 

PREAMBUŁA AA

Anonimowi Alkoholicy są Wspólnotą mężczyzn i kobiet, którzy dzielą się nawzajem doświadczeniem, siłą i nadzieją, aby rozwiązać swój wspólny problem i pomagać innym w wyzdrowieniu z alkoholizmu.

Jedynym warunkiem uczestnictwa we Wspólnocie jest chęć zaprzestania picia. Nie ma w AA żadnych składek ani opłat, jesteśmy samowystarczalni poprzez własne dobrowolne datki.

Wspólnota AA nie jest związana z żadną sektą, wyznaniem, działalnością polityczną, organizacją lub instytucją, nie angażuje się w żadne publiczne polemiki, nie popiera ani nie zwalcza żadnych poglądów. Naszym podstawowym celem jest trwać w trzeźwości i pomagać innym alkoholikom w jej osiągnięciu

 

DWANAŚCIE KROKÓW

Krok Pierwszy

„Przyznaliśmy, że jesteśmy bezsilni wobec alkoholu, że przestaliśmy kierować własnym życiem”.

Krok Drugi

„Uwierzyliśmy, że Siła Większa od nas samych może przywrócić nam zdrowie”.

Krok Trzeci

„Postanowiliśmy powierzyć naszą wolę i nasze życie opiece Boga, jakkolwiek Go pojmujemy”.

Krok Czwarty

„Zrobiliśmy gruntowny i odważny obrachunek moralny”.

Krok Piąty

„Wyznaliśmy Bogu, sobie i drugiemu człowiekowi istotę naszych błędów”.

Krok Szósty

„Staliśmy się całkowicie gotowi, aby Bóg uwolnił nas od wszystkich wad charakteru”.

Krok Siódmy

„Zwróciliśmy się do Niego w pokorze, aby usunął nasze braki”.

Krok Ósmy

„Zrobiliśmy listę osób, które skrzywdziliśmy i staliśmy się gotowi zadośćuczynić im wszystkim”.

Krok Dziewiąty

„Zadośćuczyniliśmy osobiście wszystkim, wobec których było to możliwe, z wyjątkiem tych przypadków, gdy zraniłoby to ich lub innych”.

Krok Dziesiąty

„Prowadziliśmy nadal obrachunek moralny, z miejsca przyznając się do popełnianych błędów”.

Krok Jedenasty

„Dążyliśmy poprzez modlitwę i medytację do coraz doskonalszej więzi z Bogiem, jakkolwiek Go pojmujemy, prosząc jedynie o poznanie Jego woli wobec nas oraz o siłę do jej spełnienia”.

Krok Dwunasty

„Przebudzeni duchowo w rezultacie tych Kroków, staraliśmy się nieść posłanie innym alkoholikom i stosować te zasady we wszystkich naszych poczynaniach”.

 

KROK JEDENASTY W ROZUMIENIU SŁAWKA

To moje rozważanie nad Jedenastym Krokiem jest zadaniem domowym, jakie zlecił mi rok temu na zakończenie terapii Marek. No tak, to już rok… Dokładnie ostatni raz napiłem się 20 listopada 2016 r., a 23. byłem już w Rychnowskiej Woli. Zaczynał się mój pierwszy krok w nowe, trzeźwe życie.

Przy takiej okazji przychodzi na myśl pytanie: „Rok, to dużo czy mało czasu?” Odpowiedź pewnie podobna jest do mądrościowych wykładni biblijnego króla Salomona: „I mało i dużo”. Mało – kiedy podziwiam kilku-, kilkunasto- czy kilkudziesięcioletni staż trzeźwienia Koleżanek i Kolegów z AA; dużo – kiedy pomyślę o tym wszystkim, co wydarzyło się i zmieniło w ostatnich dwunastu miesiącach w moim życiu. Terapia i AA uczą pokory. Ja nie wiem, czy będę miał drugą rocznicę, czy którąś tam, ale mam tę pierwszą, przeżywam ją razem z Wami, cieszę się, że dałem radę, cieszę się, że tu jestem – no bo przecież mogło mnie nie być – i to jest dla mnie ważne. Dzisiaj najważniejsze!

Mitingi AA są dla mnie szkołą słuchania. Wiecie, że w mojej „profesji” dużo się mówi, co więcej: poucza, pokazuje, wytycza… AA to dla mnie najlepsza okazja, żeby zamknąć buzię, na mitingach ściśle trzymam się tego. Dzisiaj mam odejść od tej zasady. Postaram się to zrobić bez „zawodowego” nadęcia.

 *****

 Krok Jedenasty: „Dążyliśmy poprzez modlitwę i medytację do coraz doskonalszej więzi z Bogiem, jakkolwiek Go pojmujemy, prosząc jedynie o poznanie Jego woli wobec nas oraz o siłę do jej spełnienia”.

Zanim pozwolę sobie na to, aby podzielić się z Wami moimi przemyśleniami na temat Kroku Jedenastego, chciałbym na początku uświadomić sobie i Wam dwie rzeczy.

Rzecz pierwsza: W Dwunastu Krokach, które wyznaczają naszą drogę w AA, w pięciu mówi się bezpośrednio o Bogu (Kroki: Trzeci, Piąty, Szósty, Siódmy, Jedenasty), a jeśli dodamy do tego jeszcze Krok Drugi, w którym mowa o „Sile Większej”, która dla wielu z nas jest po prostu Bogiem, to dochodzimy do liczby sześciu kroków. Połowa!

Druga połowa tych kroków tak bardzo dotyka sfery duchowej człowieka, że nie sposób, przynajmniej dla osoby wierzącej, nie wiązać ich w jakiś sposób z Bogiem. To może właśnie te kroki, w których bezpośrednio odwołujemy się do  Boga, stanowią fundament rozumienia naszej drogi w całości?

Rzecz druga: Zastanawiam się, czy Krok Jedenasty powinien być jedenasty? Czy modlitwa i medytacja dla poznania woli Bożej i uzyskania siły dla wypełnienia jej, to jakaś „końcówka” drogi kroków, czy może jej dusza, siła napędowa? Coś, co powinno oświecać każdy krok, każdy etap programu AA?

Kończąc to wprowadzenie chciałbym powiedzieć jeszcze jedno. W Kroku TrzecimJedenastym mowa jest o Bogu „jakkolwiek Go pojmujemy”. Wiem, że duchowość AA nie jest duchowością konfesyjną, ale jest otwarta na wszystkie religie czy sposoby przeżywania swoich relacji z Bogiem. Dlatego pragnę uczciwie powiedzieć, że refleksje, jakie chcę Wam zaproponować, nie mają roszczeń do tworzenia jakiegoś kolejnego ogólnego „traktatu” o modlitwie, lecz wypływają z „mojej wiary”, z „mojego pojmowania Boga”, a konkretnie jako praktykującego alkoholika-chrześcijanina, który stara się żyć Ewangelią Pana Jezusa Chrystusa.

Czym jest modlitwa i związana z nią medytacja, tego ja osobiście uczę się od Jezusa. Tym chcę się z Wami podzielić, bez żadnych pretensji do „nawracania”. Wierzę jednak, że zawarte tutaj przemyślenia, które pragnę oprzeć na własnym doświadczeniu i postrzeganiu, mogą być przydatne także i tym, którzy inaczej „pojmują” Boga.

 

Chce rozpocząć od refleksji nad pierwszym słowem Kroku Jedenastego: „Dążyliśmy”. Słowo „dążenie” mówi o działaniu człowieka, które rodzi się z jakiegoś pragnienia, nie jest jednak zwykłym „chceniem”, ale przekuwa się na konkretne działania. Bez tych działań moje pragnienia pozostają w sferze bezpłodnych marzeń.

Ile takich marzeń wypełniało mnie, kiedy piłem!? Dopóki mój mózg mógł jeszcze jakoś funkcjonować, stawał się niejednokrotnie „macierzą snów o wielkości”. Wszystko miało się zmienić już „od jutra”. Dzisiaj było tylko „ostatnie zapicie”, tak na odchodne, na pożegnanie ze starym życiem. A potem jazda! „Alleluja i do przodu!” – jakby powiedział klasyk polskiej myśli radiowej.

Gówno prawda! Nie było żadnej jazdy, żadnego Alleluja, nic nie poszło do przodu. Kac oraz poczucie winy i wstydu blokowały mnie w jakimkolwiek działaniu. Zaczynałem coraz wcześniej upijać się, żeby coraz wcześniej pójść spać. Moje sny o wielkości stawały się rzeczywiście snem, zresztą kiepskim snem, który kończył się koszmarem przebudzenia.

Mówię o dążeniu jako konkretnym realizowaniu naszej woli, albowiem tylko coś takiego może nas doprowadzić do celu Kroku Jedenastego, to jest do „coraz doskonalszej więzi z Bogiem”. Modlitwa i medytacja są tu środkami, nie celem samym w sobie; one mają służyć „poznaniu Jego woli oraz nabywaniu siły do jej spełnienia”, w zmierzaniu do zjednoczenia z Bogiem. W Kroku Jedenastym akcent jest położony na więź z Bogiem; to jest cel! Inne rzeczy – to droga, którą trzeba przejść dążąc do tego celu. Ta droga długa jest, jak długie jest nasze życie.

W filozofii, zwłaszcza w  filozofii egzystencjalnej, człowiek określany jest niekiedy terminem Homo viator – „człowiek w drodze”. Ciekawie, że w Dziejach Apostolskich uczniów Chrystusa nazywa się podobnie, mówi się bowiem o nich jako o „zwolennikach tej drogi” (Dz 9, 2). Trudno oczekiwać, że póki trwa ta droga, dojdzie ona już teraz do swego spełnienia. O jakimś spełnieniu możemy mówić dopiero w chwili śmierci, ostatecznego „Amen”.

Kiedy tak patrzy człowiek na swoje życie, to widzi je jako nieustanny proces, zmierzanie do czegoś. Picie robiło z mojego życia stojące bajoro, trzeźwienie – rwący potok, który żyje. Św. Ireneusz, chrześcijański biskup i męczennik z II wieku, powiedział kiedyś słowa, które bywają często przytaczane: „Chwałą Boga jest człowiek żyjący”. Myślę, że mówiąc to, nie odnosił się tylko do sfery życia biologicznego człowieka, ale tego, co stanowi o tym, iż jest ono prawdziwie ludzkie, to znaczy o życiu świadomym, odpowiedzialnym i twórczym. To są trzy podstawowe wymiary „rozumności” człowieka (Homo sapiens), w której wiara widzi odblask samego Boga.

Objawia nam przecież Biblia, że zostaliśmy stworzeni „na obraz i podobieństwo” Boga. Czym więc ma być moje życie, jak nie realizowaniem tego „obrazu i podobieństwa”, które mi zostały dane? „Dane”, to znaczy także „zadane”, jak lekcje, które trzeba odrobić. Taka jest bowiem logika każdego daru Bożego.

Patrzę na trzeźwienie jako na ocieranie we mnie oblicza Boga, oblicza Chrystusa, według którego zostałem stworzony. Zabłociłem to moje oblicze alkoholem, powykrzywiałem, poraniłem. Ale ono cały czas we mnie było, także wtedy, kiedy leżałem nieprzytomny w strugach krwi, czy budziłem się w obsikanym łóżku, kiedy nienawidziłem siebie i czekałem na śmierć… Ono cały czas we mnie było. W tym piekle.

To jest moja nadzieja, że zjednoczenie z Bogiem to nie efekt moich wysiłków, ale to odkrywanie w sobie tego daru, który został mi kiedyś dany i we mnie jest, mimo wszystko. Został mi dany, bo Bóg mnie kocha, przecież gdyby mnie nie kochał, nie dałby mi „kawałka” siebie. „Nie rzuca się pereł pod nogi świniom”, uczy Pan Jezus. Bóg mi dał życie i dał mi perłę swojej miłości.

Pan Jezus opowiada swoim uczniom przypowieść o perle. Mówi ona o kupcu, który sprzedaje wszystko, co miał i rusza w nieznaną podróż, żeby znaleźć tę jedną wymarzoną perłę. Nie chcę być w moim trzeźwym życiu zwykłym handlarzem, chcę być ewangelicznym kupcem! Znawcą! Kimś, kto odrzuca to, co stanowiło do tej pory „moje życie”: pijane myśli, pijane słowa, pijane uczucia i pijane czyny.

Nie chcę się bać wyruszyć w nieznane! Odnaleźć perłę mojego życia, to znaczy siebie samego. Więź z Bogiem, który nigdy się mnie nie wyparł, w przeciwieństwie do mnie, do moich nietrzeźwych decyzji.

To dążenie do zjednoczenia z Bogiem, które ja pojmuję jako odkrywanie, aktualizowanie i rozwijanie tego, co zostało mi dane wraz z życiem, a jeszcze bardziej wraz z życiem nadprzyrodzonym, ofiarowanym mi na Chrzcie Świętym, potrzebuje ciągłego rozeznawania.

Człowiek wierzący robi to poprzez odkrywanie woli Bożej wobec siebie, Bożego zamysłu, planu względem tego świata, którego częścią jestem ja, moje życie. Modlitwa i medytacja to środki, które temu służą. Służą jednak najpierw temu, aby zrozumieć, kim jestem. Bez zrozumienia kim jestem, nie zrozumiem, co mam robić.

Każda religia zna praktykę modlitwy, i tej osobistej i kultycznej. Mnie do modlitwy przekonuje Jezus, Jego przykład. Skoro wierzę, że Jezus był Synem Bożym, który przyszedł na świat i stał się Człowiekiem, i jako Człowiek modlił się do Boga, to jest to dla mnie najważniejsze świadectwo o wartości modlitwy i o tym, czym ona może dla mnie być.

Po co Jezus się modlił? Bo tęsknił za Ojcem. Dla Jezusa Bóg, to nie jakiś tam Bóg, ale Ojciec. W czasie modlitwy przeżywał cały czas tę więź z Ojcem, a przeżywając ją, nieustannie odkrywał się jako Syn. Dlatego Jego pełnienie woli Bożej to nie jakiś zewnętrzny przymus, kara, ale posłuszeństwo, które płynie z zaufania, jakie dziecko ma wobec swojego rodzica. To jest zaufanie miłości.

Ewangelia mówi o dwóch wydarzeniach z życia Jezusa, które wytyczają Jego publiczną działalność: chrzest w Jordanie i Przemienienie na górze. Chrzest to początek Jego publicznej działalności, a Przemienienie to wstęp do ostatecznych wydarzeń, ostatniej Paschy. I podczas jednego i drugiego wydarzenia Pan Jezus modli się i słyszy głos Ojca, który zapewnia Go, że jest Jego umiłowanym Synem.

Jezus podjął się zrealizowania woli Bożej nie dlatego, że musiał, ale dostrzegał w niej plan Ojca, który Go kocha. W czasie  modlitwie poznawał nie tylko wolę Ojca, ale i Jego miłość względem siebie. Tylko w świadomości, że Bóg mnie kocha, że On jest moim Ojcem, a ja jego córką czy synem umiłowanym, mogę znajdować światło i moc, aby tę wolę zrealizować. Inaczej wola Boża, będzie dla mnie „kodeksem prawnym”, a nie drogą życia szczęśliwego, co wcale nie znaczy, że łatwego.

Na prośbę jednego z uczniów, żeby nauczył ich modlić się, tak jak On się modli, Pan Jezus daje modlitwę Ojcze nasz. Nie tylko podaje jakiś gotowy tekst, konspekt, ale przede wszystkim odsłania zasłonę swojej modlitwy, którą On przeżywał jako relację z Ojcem. Poprzez Ojcze nasz Jezus zaprasza do takiego właśnie przeżywania modlitwy, która jest niczym innym, jak moją osobistą relacją z Ojcem. Bez tego odniesienia do Boga jako Ojca, trudno będzie mi zrealizować „bądź wola Twoja”. Nawet w relacji do Boga jako Ojca jest to trudne, czego najlepszym przykładem jest modlitwa Pana Jezusa w Ogrójcu („Ojcze, oddal ode mnie ten kielich!”), a co dopiero wtedy, kiedy Bóg nie jest dla mnie Ojcem.

Dla osiągnięcia życiowego celu potrzebne jest mi wypełnienie woli Bożej, czemu służy nieustanne rozeznawanie. Jest taki ciekawy fragment w Liście do Rzymian św. Pawła: „Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża: co jest dobre, co Bogu przyjemne i co doskonałe”.

Zachowała się piękna modlitwa św. Franciszka z pierwszego okresu jego duchowych poszukiwań: „Najwyższy, chwalebny Boże, rozjaśnij ciemności mego serca i daj mi, Panie, prawdziwą wiarę, niezachwianą nadzieję i doskonałą miłość, zrozumienie i poznanie, abym wypełniał Twoje święte i prawdziwe posłannictwo”. Franciszek czuje się pogrążony w ciemności. Jego dotychczasowy świat runął: świat jego marzeń, świat jego wartości… Trzeba wszystko zacząć budować na nowo, ale już nie według swojej woli, ale według woli Bożej, według Jego marzeń względem mnie, według Jego wartości. Franciszek widzi, że aby wypełnić wolę Bożą nie wystarczy samo poznanie, ale i zrozumienie, które przychodzi do człowieka wtedy, kiedy wierzy w Boga, ufa Mu i kocha Go. Wierzyć, ufać, kochać to są trzy wymiary jednej drogi, która prowadzi do zjednoczenia z Bogiem, o którym mówi Krok Jedenasty.

Czasami nie wiem, jaka jest wola Boża. To czas chodzenia po omacku. Ale człowiekowi, który szczerze poszukuje prawdziwego dobra, Bóg zawsze przyjdzie z pomocą. Nie zostawi go samego. Myślę, że dzień, w którym weszliśmy na drogę trzeźwości, choć niewątpliwie był jednym z najbardziej świetlistych dni naszego życia, dla wielu z nas był także tym dniem, kiedy odczuwaliśmy swoistą „ciemność serca”.

Ten stan, w którym odczuwasz głębokie pragnienie przemiany, ale nie wiesz, w którą stronę iść, od czego, jak i z kim zacząć. To jest ten dzień, kiedy zrozumieliśmy naszą bezsilność wobec alkoholu i odrzuciliśmy go jako fałszywego boga, jest to dzień Pierwszego Kroku. Myślę, że Krok Pierwszy jest powiązany z Pierwszym Przykazaniem: „Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną”.

Odrzucenie alkoholu na naszej drodze AA jest tożsame z „uwierzeniem w Siłę Większą” (Krok Drugi), a konkretnie z „powierzeniem naszej woli i naszego życia opiece Boga” (Krok Trzeci). Droga AA, poprzez swoich Dwanaście Kroków, zwraca mnie Panu Bogu, oddaje mnie Mu na nowo, odnawia moją więź z Bogiem i aktywuje ją poprzez pragnienie życia według Jego woli, według Bożego Objawienia (Ewangelia).

To jest fundament mojego trzeźwego życia ukierunkowanego już nie na ściskanie butelki w swoim ręku, ale na obejmowanie Boga, przyjęcie Jego woli i wiarę, że nie jestem sam na drodze mojego życia. Często mówię sobie i innym, że wierzyć w Boga, to w jakimś sensie wierzyć i w siebie, bo skoro Bóg mnie do czegoś powołuje, to znaczy, iż jestem, z Jego pomocą, do tego zdolny. Wierzyć w siebie zaufaniem, jakie Bóg ma do mnie!

Oczywiście, moje życie zmienia się, nieustannie staję przed nowymi wydarzeniami, które dzieją się we mnie czy obok mnie, ale jakoś mnie dotykają. „Ciemność serca” to nie tylko początkowy stan trzeźwienia, ale naznaczonych nią jest wiele momentów, które stawiają pod znakiem zapytania moje wybory i moje zaangażowanie, moje myśli, pragnienia czy uczucia, moje relacje z innymi ludźmi, nawet tymi najbliższymi. Wreszcie, samą moją trzeźwość.

Nie na wszystko znajduję odpowiedź i pewnie czasami nigdy jej tutaj na ziemi nie znajdę (po co byłoby niebo?). Zwątpienie, a nawet upadek stanowią część naszego życia. W czasie modlitwy mogę zawsze znajdować oświecenie, aby starać się zrozumieć, co się dzieje, zrozumieć „znaki czasu”, jakby powiedział Pan Jezus, ale jednocześnie siłę, aby to zrozumienie przekuć w czyny. Bo nie wystarczy zrozumieć, tym trzeba żyć – to jest mądrość, której się człowiek nie nauczy w szkole tylko w życiu. Przemierzając je dzień po dniu: w zdrowiu i chorobie, radości i smutku, w pojedynkę czy z drugim człowiekiem, ale nigdy nie w samotności, bo z Bogiem.

 

Zacząłem to moje rozważanie od zwrócenia uwagi na treść słowa „dążenie”, jako na postawę wyrażającą pragnienie ucieleśniające się w konkretnych działaniach. Dlatego też – jeśli modlitwa i medytacja ma mnie prowadzić do poznania woli Bożej i nabywania mocy do jej wypełnienia na drodze do zjednoczenia z Bogiem – nie mogą być one okazjonalne. Raz tak, raz nie. Słowo „dążenie” wyraża ciągły proces w człowieku, który ma być zasilany ciągłymi ludzkimi aktami, do których przynależą i modlitwa i medytacja.

W życiu duchowym człowieka, tym bardziej na drodze trzeźwienia, modlitwy i medytacji nie wolno nam sobie odpuszczać. Co nie znaczy, że nie napotykamy tutaj trudności. Dla zrealizowania postulatu Kroku Jedenastego najważniejsza jest z jednej strony determinacja, a z drugiej – swoista elastyczność. Determinacja powoduje, iż mimo różnych sytuacji, staram się codziennie modlić i medytować (na przykład nad Ewangelią czy tekstami AA); elastyczność – pozostawia mi całkowitą wolność w wyborze formy, czasu czy miejsca. Oczywiście każdy z nas ma swój ulubiony sposób modlenia się czy medytowania. I w tym powinniśmy starać się trwać!

Niemniej jednak bywają sytuacje, kiedy zauważamy, że modlitwa czy medytacja pomału „przejada nam się”. Na to szczególnie trzeba uważać. U podstaw mogą stać dwie racje. Pierwsze mogą wynikać z pewnej rutyny. Wiąże się ona na ogół z ciągłym powtarzaniem jednego i tego samego. Potrawa, nawet ta najsmaczniejsza, ulubiona, jedzona codziennie, też nam prędzej czy później się znudzi. Człowiek potrzebuje nowości, która niesie ze sobą świeżość. Zwłaszcza w relacjach potrzebna jest świeżość, która prowadzi do odnowy relacji. Wiedzą to dobrze małżonkowie, czy ci, którzy pozostają w jakiś związkach partnerskich! W takiej sytuacji, kiedy odczuwamy pewne znużenie modlitwą czy medytacją, warto jest sięgnąć do ich odnowy poprzez zmianę tego, do czego zdążyliśmy się przyzwyczaić. Potrzebna jest twórczość!

Można powiedzieć, że mamy tutaj do czynienia z „klasycznym” przypadkiem, kiedy wiara jest, a nie ma sił, a w konsekwencji woli do modlitwy czy medytacji (rutyna to tylko jedna z przyczyn, ale może być też zmęczenie, harmonogram pracy, choroba…). Nieco inaczej jest, i co tu mówić – ciężej, kiedy wiara słabnie albo jej nie ma.

Przymuszanie się do niczego nie prowadzi. Ważne jest, aby w takich sytuacjach szukać czegoś, co jest w stanie zapłodnić mnie duchowo (obcowanie z naturą, sztuka, hobby, zaangażowanie społeczne…). Nawet jeśli nie bezpośrednio, to jednak zawsze możemy w tym odnaleźć głos Boga, który jest Źródłem wszelkiego Dobra. My, Anonimowi Alkoholicy, jesteśmy w komfortowej sytuacji, mitingi bowiem stwarzają zawsze okazję do medytacji (dzielenie się), nie mówiąc już o sile „Modlitwy o pogodę ducha”, którą odmawiamy nie samemu, ale wspólnie.

 

Istnieje wiele rodzajów modlitwy: modlitwa indywidualna i wspólnotowa (kultyczna), modlitwa ustana i milcząca, modlitwa spontaniczna czy według formuł. W tych wszystkich rodzajach człowiek wierzący może zwracać się do Boga w postawie adoracji, dziękczynienia, prośby czy skruchy. Każda z tych form jest związana z konkretnymi sytuacjami, w jakich znajduje się człowiek, chociaż najczęściej wiążemy modlitwę z prośbą. Nawet w Kroku Jedenastym mówi się: „prosząc jedynie”.

Chciałbym zwrócić uwagę na modlitwę, która, tak mi się wydaje, może bardzo rozpogodzić nasze życie. Jest nią dziękczynienie. Postawa dziękczynienia wyraża zależność od Boga, ale nie tę, która człowieka zawstydza i w jakiś sposób stawia go w pozycji wasala. Dziękczynienie jest odruchem serca wobec otrzymanego dobra: serce za serce. W dziękczynieniu koncentruję się na dobru i Tym, który jest jego Źródłem, Dawcą. Poprzez dziękczynienie wychodzę z kręgu zła i czarnowidztwa.

Dziękując Bogu widzę, że moje życie, niekiedy tak bardzo dramatyczne, nie jest jakąś pomyłką, wykwitem ewolucji, czy jakby je jeszcze tam nazywać. Dziękując Bogu za życie, za wszelkie dobro, które się zdarzyło w moim życiu i to, które potrafiłem ofiarować innym, dziękując za „rozsupłane węzły”, ludzi, którzy mnie kochają i których ja kocham, nabieram nieustannie zaufania do Pana Boga – mojego Ojca. Poprzez dziękczynienie ciągle przybliżam się do Niego i uczę się patrzeć na rzeczywistość Jego oczyma (medytacja). To mi cały czas pomaga nie tylko poznawać, ale i przyjmować Jego wolę wobec siebie – tego małego kawałka świata, który Bóg stworzył „jako dobry”.

W tej perspektywie nawet zło, które wyrządziłem czy którego doświadczyłem znajduje swoje miejsce w układance mozaiki, jaką jest moje życie. A wiemy przecież, że to przez ciemne kamyczki w mozaice, inne kolory nie tylko bardziej wydobywają swój splendor, ale całość nabiera głębi.

Kończąc to moje rozważanie, pragnę powiedzieć, że nie dziękuję Bogu za to, że jestem alkoholikiem, ale za to, iż przez trzeźwienie poznaję przepiękne przestrzenie życia – tak! Życia nie starczy, żeby za to dziękować! W trzeźwieniu odkrywam siebie, drugiego człowieka, Boga. Odkrywam wolę Bożę wobec własnego życia. Wiem, że powiedzieć Bogu „dziękuję!”, to mało, ale trzeźwieć – to wszystko, co mogę Mu dać. Co pragnę Mu dać, dzięki Jego sile i tych wszystkich moich Przyjaciół, którzy, jak ja, podążają tą samą drogą trzeźwości.

 

Rychnowska Wola - Lubawa 26 listopada 2017 r.

Sławek - alkoholik

 

 

Pierwszy czwartek Mariusza

 

Jest czwartek, zimowe popołudnie. Właśnie wróciłem do małego, przytulnego pokoju na poddaszu w ośrodku Marka.

Zasiadam do biurka, na którym leży niewielka książka zatytułowana „Quo Vadis 2002 – 2017”. Spoglądam na zegarek i… uświadamiam sobie, że to ten dzień, że za kilka godzin musimy jechać na miting.

W panice próbuję przypomnieć sobie, jak opisywał Marek na dzisiejszej porannej terapii, co i jak jest na takich mitingach AA. Po chwili dochodzi do mnie że… to przecież odbywa się w Lubawie!

̶  Boże, przecież ja znam tylu ludzi w Lubawie. Wielu z nich pracuje ze mną. Ogarnia mnie wielki strach i przerażenie, wręcz panika.

Sięgam po książkę od Marka z nadzieją, że na pewno coś sobie przypomnę, przecież są w niej zawarte opowieści uczestników z takich spotkań AA. Otwieram ją gdzieś pośrodku (kurczę, długi tekst) i zaczynam czytać czyjąś opowieść… Słyszę warkot silnika na zewnątrz.

Odwracam się w stronę drzwi balkonowych i widzę odjeżdżającego Marka z małżonką. Po chwili czytam dalej… Jak wielkie są obawy człowieka, który to opisuje. Zaczynają mi drżeć ręce, parują okulary, a chusteczka zrobiła się mokra od łez. – Boże, jak ja się boję. Boże, dlaczego ja muszę tam jechać i dlaczego tutaj jestem?

Muszę zapalić, więc wychodzę na balkon, a łzy dalej mi się cisną do oczu. Mam milion myśli w głowie. Może stanie się coś, że nie pojedziemy?

Tak bardzo się boję. Spoglądam na świerki rosnące przy balkonie i marzę, aby w tej chwili stać się jednym z nich. Myślę o mojej ukochanej kobiecie, która gdzieś w mojej głowie jest tutaj ze mną i po chwili się uspokajam. Opuszczam balkon i idę do łazienki, aby przemyć twarz.

Spoglądam w lustro, ale przez załzawione oczy nie widzę swojego odbicia. Nadal płaczę, ale w końcu myję twarz i wychodzę z łazienki. Spoglądam na stojące na komódce radio-budzik. Jest po szesnastej, więc trzeba zejść na dół i wypić kawę, być może kawa ukoi mój strach, a może mój przyjaciel Piotr i rozmowa z nim. On na pewno jest na dole.

Nie doczytam tego do końca teraz. Wychodzę…

Kawa i rozmowa z Piotrem była bardzo „pokrzepiająca”. Za chwilę kolacja i podróż do Lubawy, więc trzeba się zbierać. Nie wiem, co mnie tam spotka i jak będzie. Próbuję o tym nie myśleć. Mam nadzieję, że się nie „rozkleję”.

Wsiadamy do samochodu i ruszamy do Lubawy, a Marek włącza dobrą muzykę. Myślę, że chyba najbardziej po to, aby odgonić ten strach, który narasta we mnie, kiedy mijamy kolejne wioski.

Z płyty leci głos znanego wszystkim artysty, a w mojej głowie myśli kłębią się tak, że przez całą drogę nie mogę sobie przypomnieć jego nazwiska. Dojeżdżamy do Lubawy i na chwilę zatrzymujemy się na zakupy. Palimy papierosy, a Marek stara się dodać mi otuchy. Ale to nic nie pomaga.

Ruszmy dalej. Po przejechaniu kilku krętych uliczek jesteśmy na miejscu i wysiadamy. Po chwili podchodzi do nas para i wita się serdecznie z Markiem i Piotrem, jak również i ze mną podając mi rękę. Oni też idą na miting, więc wszyscy ruszamy razem. Schodzimy po schodach w dół, jakby w jakiś tunel, a ja krzyczę milcząc, że nie chcę tam iść. Odwracam głowę i myślę o ucieczce, ale nie mogę uciec, bo wiem, że za mną będzie schodził Marek.

Wchodzimy do środka i widzę ludzi. Jedni siedzą, drudzy stoją, palą papierosy i śmiejąc się opowiadają sobie różne historie. Każdy się ze mną wita podając rękę, ktoś w mniejszym pomieszczeniu robi mi kawę. Kiedy już wypaliłem papierosa, zabieram kawę i wchodzimy do większej sali, gdzie ustawione są stoły w kształt litery „T”, a na nich leżą talerzyki ze słodką przekąską oraz stoją butelki z wodą do picia. Wszyscy wstajemy od stołów i łapiemy się za ręce. – Boże, ja za chwilę chyba wybuchnę. Udaję, że odmawiam ze wszystkimi modlitwę poprzedzającą dalsze konwersacje, bo przecież ze strachu nie pamiętam ani słowa.

Jest nas dwóch nowicjuszy, więc krótka regułka i przywitanie oklaskami. Przewodniczący spotkania odczytuje jeszcze kilka rzeczy dla nowoprzybyłych i coś tam jeszcze. Potem zaczyna się:  ̶  ja „jakiś” jestem alkoholikiem – i każdy odczytuje z puszczonej kartki „12 Kroków” i „12 Tradycji”.

Ja jestem trzeci w kolejności i coraz bardziej zaciska mi się gardło. Zakładam okulary, a kartka w końcu trafia do mnie. Oblewa mnie zimny pot, a ja drżącym głosem mówię: „mam na imię Mariusz i jestem alkoholikiem” i dukając z przerażenia czytam punkt ósmy i dziewiąty. Po przeczytaniu kartkę podaję dalej. Jakoś poszło, ale nie czuję ulgi.

Następnie, zaczynając od słów „ja jakiś” itd., każdy mówi coś o sobie. Ja również, trzęsąc się od środka, mówię bardzo krótko. Po mnie są Marek i Piotr i dopiero po ich wypowiedziach zaczynam się uspokajać. Słucham wypowiedzi wszystkich pozostałych, które są mniej lub bardziej smutne albo wesołe i szczęśliwe.

Czuję się już dobrze i wychodzimy na krótką przerwę. Po przerwie zabieram nawet głos z podziękowaniami dla Piotra i Marka oraz dla całej reszty za to, że mogłem tu dzisiaj być z nimi razem, wysłuchać i czymś się podzielić, a raczej zostawić kawałek siebie. Wszyscy byli dla mnie bardzo życzliwi.

Wracamy…

Lubawska grupa AA to wspaniali ludzie, którzy jak i ja skrzywdzili siebie i innych alkoholem, a teraz, wspierając się nawzajem, trzeźwieją i naprawiają swoje życie lub chcą zacząć żyć od nowa.

 

Rychnowska Wola - Lubawa 15 lutego 2018 r.

Mariusz – alkoholik