Opinie po terapii

 

Zostaw swoją opinię:

 

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Imię (wymagane)

Adres email (wymagane)

Opinia

Przyjaciel:

Nic nie musisz.

Nic nie musisz − to hasło powtarzałem jak mantrę. Wtedy, gdy piłem i wtedy, gdy pić przestałem. Bo kiedy nie muszę nic, to tylko wtedy coś potrafię.

Na terapię przyjechałem nieco przestraszony, niepewny, niezdecydowany. Zmęczony i smutny. Skacowany. Nie chciałem dłużej żyć w dotychczasowy sposób, ale nie umiałem żyć inaczej. Chciałem wyjechać gdzieś, zniknąć, nie potrafiłem rozsupłać tego, co sam splątałem. Chciałem zrobić przerwę w piciu, ale chciałem też czegoś więcej − zacząć żyć bez przymusu picia.

Rychnowska Wola przywitała mnie trzaskającym mrozem, pysznym jedzeniem, gorącym kominkiem i przyjazną atmosferą. Brama ośrodka była przez cały czas otwarta. Mogłem wyjechać w każdej chwili. Nie wyjechałem i nie żałuję tego.

Terapia miała swój rytm. Poranne śniadanie, kawa, zajęcia, obiad, trochę odpoczynku, spacer, znów zajęcia, świetne kolacje, rozmowy na zakończenie dnia. Wieczorem bardzo dużo czasu dla siebie, w przytulnych pokojach, w ciszy, bez zgiełku i pośpiechu. W czwartki wyjazdy na mityng. Był też czas na basen, na rozmowy, na wszystko.

Marek − terapeuta prowadzący ośrodek − włożył w moją terapię całe serce i rozum. Był zawsze dostępny, żeby pogadać, żeby pożartować, żeby posłuchać. Odnosił się do mnie z szacunkiem i przyjaźnią, nigdy nie naciskał, zostawiał mi moją własną przestrzeń. Do niczego nie zmuszał. To była moja własna terapia, mój własny wybór, moja własna droga i moje własne trzeźwienie. Nikt mi niczego nie kazał, do niczego nie zmuszał, niczego nie zabraniał.

Marek był zawsze obok, żeby coś zasugerować, podsunąć pomysł, zauważyć to, czego nie widać ze środka, a co z zewnątrz jest oczywiste. Nawet nie tyle przewodnik, co starszy brat.

Ośrodek okazał się wspaniałym, kameralnym miejscem. Pani Stefa gotowała pyszne obiady, godne najlepszych restauracji, z popisową fasolką po bretońsku (najlepszą na świecie!). Czuło się, że gotuje od serca, a nie z obowiązku. Grześ − właściciel gospodarstwa, na terenie którego znajduje się ośrodek − okazał się wyrozumiałym, przyjaznym, bardzo pogodnym gospodarzem, który nie ingerował ani w naszą prywatność, ani w terapię, ale pozostawał gdzieś obok, jak dobry duch, który napali w kominku, we wszystkim pomoże, chwilę porozmawia. Tak samo jak jego żona.

Nasza grupa terapeutyczna szybko znalazła wspólny język i wspieraliśmy siebie nawzajem. Świetnie się razem bawiliśmy, razem się smuciliśmy, przegadaliśmy wiele godzin. Do dziś, choć każdy z innego miasta, dzwonimy do siebie i spotykamy się, zgodnie z zasadą: „jedną ręką podniosę 20, może 25 kilogramów; dwoma rękoma 80, a może nawet 90 kilogramów; to znaczy, że dwoje ludzi jest silniejszych od jednego nie dwa razy, ale trzy razy, a może i więcej”.

Grupa bardzo się ze sobą zżyła, mam nowych przyjaciół. To tak, jak wziąć jeden patyk leżący w lesie − łatwo go złamać. Ale gdy zbierzesz ich kilka i złączysz razem − nie złamiesz żadną siłą.

Od terapii mijają kolejne miesiące. Do dziś nie piję. I dziś nie piję. Wiele spraw uporządkowałem, moje życie wygląda inaczej, co nie znaczy, że zawsze jest łatwo. Są trudniejsze dni, ale warto, naprawdę warto być trzeźwy.

Terapia pomogła mi zrozumieć, że ja naprawdę NIE MUSZĘ.

Nie muszę codziennie dmuchać w alkomat, żeby sprawdzić, czy mogę wsiąść za kierownicę.
Nie muszę się wstydzić.
Nie muszę liczyć, ile jeszcze mogę wypić, zanim znów narobię bałaganu.
Nie muszę zostawiać w domu komórki, żeby nie wysłać głupich sms’ów.
Nie muszę zostawiać w domu karty kredytowej, żeby wszystkiego nie przepić.
Nie muszę kłamać.
Nie muszę jeść na tłusto, żeby mieć podkład.

NIE MUSZĘ z tym walczyć.

Jestem wolny, bo przestałem walczyć z uzależnieniem, które jest silniejsze ode mnie i zawsze ze mną wygrywało. Po prostu NIE MUSZĘ.

Za to:

Mogę − patrzeć ludziom prosto w oczy.
Mogę − mieć wspaniałych przyjaciół.
Mogę − zawsze wsiąść do samochodu.
Mogę − nosić dobre ciuchy.
Mogę − mieć własne zdanie.
Mogę − mieć dobry apetyt.
Mogę − się mylić.
Mogę − mieć rację.
Mogę − mieć gorsze chwile.

Cała ta przygoda z trzeźwieniem zaczęła się od małego kroku, czyli od przyjazdu do Rychnowskiej Woli. Tylko trzy tygodnie, a ile zmian, ile nowych ludzi wokół mnie, ile dobrego. Trzy tygodnie, a ile później wspaniałych miesięcy bez walki, bez nerwów, bez kaców. Naprawdę warto było!

I nawet wtedy, kiedy jest trudno, to wiem, że na trzeźwo jest lepiej.

 

Marek:

Nie jestem przekonany, czy dojrzałem do opiniowania tego, co wyniosłem z pobytu w ośrodku. Wiem jednak z całą pewnością, że z perspektywy niemalże roku, który upłynął od dnia, kiedy pojawiłem się u Marka, mogę powiedzieć, że była to najlepsza decyzja i inwestycja w moim życiu. Słowo inwestycja kojarzy się z oczywistych względów z pieniądzem, ale myślę, że nie do końca o niego tutaj chodzi. Nie chcę powielać poprzednich opinii, z którymi w większości się zgadzam. Jestem typowym, nieskomplikowanym przykładem alkoholika, którego kroki „coś” pokierowało do miejsca, do którego miało pokierować. Internet, odnalezienie oferty RTO, rozmowa telefoniczna, mail, zgłoszenie, opłata, podróż do ośrodka – to już były tylko zwykłe narzędzia, służące realizacji planu. Nie mojego planu i proszę mi wierzyć, wiem, co piszę − ale to już kwestia indywidualnego podejścia.

Do rzeczy jednak – inwestycja, o której wspomniałem, to coś więcej niż finanse. Myślę dzisiaj, że to są w ogromnej mierze wszelkie wybory, decyzje, zachowania i podejście do tego, co otrzymałem w trakcie terapii od Marka. Co z tym zrobię ? Czy te trzy tygodnie, nierzadko łzy i okropne wspomnienia, ale i chwile bardzo fajne, wykorzystam i wyjdę z tego szamba, czy świadomie już tym razem – wybiorę krótką drogę do kumpli, których miałem już okazję niejednokrotnie odprowadzać po raz ostatni…

Czułem, nie tylko ja, wielką obawę przed wyjazdem po terapii, ale mówmy może o sobie… Co to będzie? Co mam teraz ze sobą zrobić? Nie będzie Marka, zajęć, nikt nie podpowie, nie wypełni wolnego czasu, który tak świetnie można w domu przecież spędzić w towarzystwie „przyjaciółeczki”, nie poradzi… A tyle słyszałem w ośrodku o nawrotach, do których oczywiście cały czas mam ogromny szacunek i zdaję sobie sprawę, jak niewiele potrzeba…

Co się więc takiego zadziało po powrocie ? Po pierwsze, kilka godzin samotnej podróży z ośrodka do domu, wypełnionych rozmyślaniami, zaowocowało pierwszą realizacją jednego z zaleceń terapeuty, czyli bezwarunkową decyzją: „wypełnić wór po alkoholu”!!! Ani dnia więc nie było od wówczas, ani chwili nawet bez pomysłu na życie! Rok się kończy, a nie było też i weekendu, który spędziłbym przed TV w domu. Pieniądze, które „przelewałem” w moim poprzednim życiu, po prostu wydałem na wyjazdy, wizyty na pływalni, w teatrach, kinach, na kilka bardzo fajnych książek (w tym tematycznych…). Wydałem je również na spełnienie marzenia, na co już przestałem dawno liczyć, a jednak okazało się, że można.

Wiele, naprawdę bardzo wiele dobrego się zadziało. W pracy uśmiech, spokój, systematyczność. W życiu osobistym istna rewolucja, obrót o 180 stopni. Fantastyczna grupa AA. Oczywiście są i porażki, trudniejsze chwile, bardzo trudne decyzje i wybory. Czasami nawet żal, że coś nie udało się, nie wyszło, a tak bardzo się starałem. „Staje” przede mną wówczas Marek i mówi „HALT”:-). Widzę i słyszę, jak ciepłym, ale stanowczym głosem przypomina nam o grupie AA, o telefonie do przyjaciela, oderwaniu się na chwilę od wszystkiego, o basenie, w końcu o nażarciu się nawet czekolady w tym i białej:-). Pomaga.

Nie szukam klientów dla Marka i nie mam zamiaru nikogo agitować, namawiać, czy oświecać. Ostateczny wybór należy zawsze tylko i wyłącznie do nas samych. Życzę tylko każdej osobie, która ma wątpliwości: czy warto pojechać (?), a co to będzie (?), a co to za jeden (?), aby mogła spojrzeć w lustro tak, jak ja to robię dzisiaj. Aby, jak ja, mogła kiedyś powiedzieć, że obchodzi swoje urodziny dwa razy w roku. Po raz pierwszy z dowodu osobistego, po raz drugi – w dniu, w którym pojawiła się w ośrodku.

Powodzenia wszystkim życzę, odwagi i uwierzcie proszę − kawał bardzo, bardzo dobrej roboty tam się dzieje. Ukłon wielki za każdą chwilę i radę Marku:-). Do następnego spotkania w trzeźwości!

Marek, 24.09.2016

Ruda – Aga:

Terapia – jak ja długo się na nią wybierałam.
Pierwsza myśl o terapii zaczęła kiełkować w mojej głowie jakieś trzy lata temu. Szybko jednak została zagłuszona przez inną: „dasz sobie radę”, „masz silną wolę”. Tak, tak – i na ile zdała się ta moja silna wola? Trochę jeszcze dryfowałam po tym oceanie alko. Wreszcie po ostatnim ciągu, po nieprzespanej, kolejnej nocy zrozumiałam, że ta walka jest nierówna, że przegrywa ją jedna strona i to ja nią jestem.

Rano, 18.03 br., pierwszym nr telefonu jaki znalazłam na necie był nr do Marka. Po krótkiej rozmowie i naświetleniu sprawy wiedziałam, że muszę tam pojechać, że to ostatnia moja szansa. Została jeszcze do załatwienia kwestia kasy – w miarę szybko znalazło się rozwiązanie i o północy rezerwowałam miejsce w Bieliku. W niedzielę podróż w nieznane. I całą drogę myśli: Jak tam będzie? Co mnie tam czeka?
Na dworcu w Ostródzie czekał ON (jak go moje dzieciaki określiły: trochę dziwny–straszny).
W drodze do ośrodka powiedział: „nie denerwuj się, pierwszy krok już zrobiłaś – teraz nie ma odwrotu”.

Ośrodek leży w maleńkiej mazurskiej wiosce obok rezerwatu przyrody. Właściciel domu – Pan Grzegorz – to złota rączka, jest bardzo przyjazny i serdeczny wszystkim. No i oczywiście Daisy i Chelsea (chyba tak się pisze jej imię) – dwa nowofundlandy, mama i córka. Dla Chelsea byłam konkurencją, więc ciągle musiałam prać swoją kurtkę – uwielbiała na mnie skakać, a że to szczeniak ważący 45 kg, nie miałam szans. Po przepysznym obiedzie krótka rozmowa z Markiem na tematy ogólne i te dotyczące picia. Potem spacer z kolegą, który rozpoczął terapię tydzień wcześniej. Chociaż nie znaliśmy się dotychczas znaleźliśmy szybko wspólny język (no cóż, ta sama przypadłość). Po kolacji krótkie podsumowanie i spać.

Od poniedziałku czekała mnie żmudna i ciężka praca – odkrywania siebie na nowo, poznawania choroby, zaznajamiania się z jej mechanizmami. Czasami było ciężko, czasami wesoło. Marek wymaga od pacjentów bardzo dużo, czasami „stawia pod ścianą” i nie masz wyjścia – albo ściągniesz maskę, odkłamiesz się, albo nie ruszysz z miejsca i będziesz marnował swój i innych czas.
Chociaż jest tak wymagający, to jest to człowiek o wielkim sercu i dobroci, sam z siebie daje 100% i każdego pacjenta traktuje indywidualnie a nie jak kolejny przypadek. On żyje naszymi radościami, smutkami. Czasami widać po nim to zaangażowanie – jak jest bardzo zmęczony. Podczas tej terapii dane mi było także poznać wspaniałych ludzi z grupy AA w miasteczku L., którzy każdego raczkującego „świeżaka” traktują jak swojego i pomagają wejść do AA. Dzięki nim wiemy, jak wyglądają mitingi, mamy za sobą ten pierwszy krok.

Trzy tygodnie minęły bardzo szybko – za szybko. Ale tak jak ptaki wychodzą spod skrzydeł matek, tak i ja musiałam opuścić to bezpieczne gniazdo. I co…? Przyszła rzeczywistość: na drugi dzień powrót do pracy i co? Oczywiście trafiłam na zmianę, która pije, z którą ja piłam. Od razu na głęboką wodę, pomyślałam tylko: jak Ty, Panie Boże, musisz mnie kochać, dlaczego tak od razu? I od razu w myśli modlitwa o Pogodę ducha. Jakoś dałam radę – odmówiłam, trochę byli zdziwieni, a ja, aby nie ulec, zaczęłam słuchać w tym czasie piosenek Piotra, które dają mi siłę na każdą noc pracy.

Nie jest łatwo, ale jedno mogę powiedzieć – warto było pojechać, warto jest być ogórkiem kiszonym w zupie ogórkowej, jak mawiał Wiktor. Nie będę już nigdy świeżym ogórkiem. Ale dzięki terapii wiem, że alkoholizm to choroba – nie piętno, coś złego. Wiem, jakie są moje ograniczenia, czego muszę unikać. Ale też wiem, co mi służy i pomaga być trzeźwą przez kolejne 24 h.

Teraz mogę powiedzieć, że będąc trzeźwą kieruję swoim życiem. Sprawy, które wcześniej wydawały się beznadziejne, rozwiązują się. Rano słyszę ptaki – gdy wychodzę z pracy, brzmią jak „ptasie radio” u Tuwima. Już nie muszę uciekać, żeby mnie nikt nie widział lub spieszyć się, aby się napić. Są też chwile gorsze, ale wiem, że mam AA i grupkę przyjaciół, którzy mnie wysłuchają, pomogą, lub którzy po prostu będą.

Tym, którzy jeszcze się wahają, mogę powiedzieć jedynie to, że warto, warto poświęcić te trzy tygodnie ze swojego życia na uporządkowanie go. Na pozbycie się zbędnego balastu, który was krępuje niczym kokon.

Życzę wam uwolnienia się z bagienka, jakim jest alkohol i rozwinięcia skrzydeł jak motyle na wiosnę. Naprawdę warto móc żyć pełnią życia bez poczucia wstydu, lęku, w samotności. Pozdrawiam

Ruda, 26.03.2016

Marek K.:

Długo nie było komentarzy, postanowiłem na zachętę „iść” na pierwszą linię. Jak już wcześniej wypowiedziałem się o czasie i jego wpływie na sukces – to potwierdzam to w całej rozciągłości. Tylko nie dajmy się wciągnąć w pułapkę, bo przegramy. Powoli dochodzę do decyzji o „dawce przypominającej” – bez tego jakoś trudno. Moja sytuacja rodzinna ogranicza udział w AA. Wobec tego wypracowałem sobie – prywatne spotkania z Teściem.
Ma 92 lata, ale umysłowo tylko pozazdrościć – jak jest ciepło, jedziemy w plener; zimno – przygotowujemy sobie rachatłukum i spędzamy czas na balkonie. Ale – i tu jest haczyk, może nawet hak – mianowicie spotkania AA.
Zaraz posypią się gromy ze strony Marka, ale ja uważam, że każdy sposób jest dobry, jeżeli prowadzi do sukcesu. Powoli planuję wyjazd na spotkanie.  

Marek K., 19.01.2016

Przemek:

Witam.

Właśnie skończyłem terapię (09-29-03-2015). Te 3 tygodnie dużo mi dały, Marek pokazał mi podstawową rzecz. Z WÓDĄ nie można walczyć, ponieważ jest to pojedynek zawodowca z amatorem. Zawsze jesteśmy na straconej pozycji.

Pogodziłem się z tym faktem.

Po cholerę z nim walczyć, jak na koniec i tak rzuci on mnie na glebę, a na dodatek nawet w nią wbije. Forma prowadzenia terapii bardzo mi odpowiadała. Brak zakazów tylko zalecenia, brak „murów” – tylko ode mnie zależy moje postępowanie. Spowodowało to brak poczucia izolacji od świata zewnętrznego. W moim przypadku spowodowało to brak wrażenia bycia pod szczelnym parasolem i spokojny powrót do domu.

Dzięki Marek. Do zobaczenia na szlaku.

01.04.2015

Marek:

Mija czas i pojawia się proza życia. Czas najtrudniejszy w życiu – pogrzeb najbliższego członka rodzinny. Czas przemyśleń, ale także pokazujący wydatnie nasze słabości. Dlatego należy się znacznie bardziej pilnować.

Marek K., 26.03.2015

Marek:

Jak postanowiłem tak i zrobiłem, pojechałem na tydzień, celem utrwalenia życia w trzeźwości. Zmieniło się moje myślenie w szerokim tego słowa znaczeniu. Minęła doba po powrocie, a ja cały czas jestem tam. Analizuję zajęcia i rozmowy z nowo poznanymi przyjaciółmi, u których zauważyłem pozytywną zmianę (po 1 tygodniu).

Dla mnie pobyt był konieczny, ponieważ moje zasoby wiedzy były na wykończeniu i widziałem tu konieczność „dawki przypominającej”. Słowo o jedzeniu – jest PYSZNE. Chciałbym spotkać się w tym gronie jeszcze nieraz, ale to będzie trudne do zrealizowania, jednak nie niemożliwe. To mnie pociesza.

Marek K., 17.03.2015

Łukasz hazardzista:

Witam wszystkich, jeśli czytacie te komentarze to znaczy, że się zastanawiacie co jest nie tak. Pracuję, mam rodzinę, dom, przyjaciół, a i tak coś nie gra. Moją każdą złość, niepowodzenie zagrywałem [wiem – zagrywałem nie zapijałem – jestem hazardzistą]. Na co dzień było ok, ale kiedy wpadłem w korek grania, nie umiałem przestać, nie wiedziałem dlaczego. I nie wiedziałbym do dziś, gdybym nie spotkał Marka.

Dziś jestem innym człowiekiem, cieszę się z każdego dnia, który mogę przeżyć na trzeźwo. Marek to cudowny człowiek, dzięki niemu żyję i chce mi się żyć. Jest surowy stanowczy, ale dziś wiem że tak trzeba, jest też czuły i wyrozumiały.
W moim przypadku: Marek, Wielka Księga i sponsor = ŻYCIE

Łukasz, 07.03.2015

Marek:

Czas jest gwarantem powodzenia, robiąc coś pochopnie z góry zakładamy niepowodzenie. Kilkakrotnie próbowałem zerwać z nałogiem – bezskutecznie. Dopiero po pobycie na Mazurach jest lepiej. Dobór ludzi jest bardzo istotny, osoba moderatora (nie kadząc) wpływa na przebieg pracy nad sobą. Na terapii jesteśmy pod kloszem, schody zaczynają się po wyjściu. Jestem coraz bliżej decyzji pojechania do Ośrodka na podtrzymanie terapii. Prowadzenie zajęć zmusza do pracy nad sobą i przemyśleń. Brakuje mi tego w codziennym życiu zdominowanym przez pośpiech. No i wspaniałe jedzenie – tu uśmiech w stronę Marioli.

Marek, 18.02.2015

Henryk:

Życie zgodne ze sobą, ze swoimi ideałami, czyste, prawdziwe i przede wszystkim WOLNE. To wszystko zawdzięczam Markowi, sobie, a także dwojgu ludziom M. z Plattówki, którzy stworzyli niepowtarzalny klimat ośrodka.

Cudowni ludzie, cudowne miejsce, jakby schowane wśród lasów i wzgórz – to wszystko koi chore emocje i wspiera powrót do zdrowia z choroby, do świata pozytywnego, do żywych…

Pozdrawiam wszystkich, którzy odważyli się na szczerą rozmowę ze sobą i wreszcie zrobili coś ze swoim życiem. Niezdecydowanych zachęcam do otwarcia nowego rozdziału swojego życia.

Wiem, że nie zawsze będzie łatwo, ale czy przedtem było łatwo?

Dziękuję Bogu za każde 24 godziny tak jak obecnie spędzone, pozdrawiam raz jeszcze wszystkich i życzę zdrowia i pogody ducha.

Henryk, 07.01.2015

Mariusz:

Zajęło mi nieco czasu, zanim dojrzałem do decyzji o podjęciu terapii. Miewałem czasem świadomość problemu alkoholowego, ale było mi trudno wyrwać się z dotychczasowych trybów, które mnie zniewoliły. Przychodziły kolejne doły psychiczne, paskudne kace, nieprzespane noce, depresja. Zdarzało się, że nie spałem 3-4 doby pod rząd,  a organizm zaczynał wysyłać wyraźne sygnały: „Uwaga, STOP!”. Zebrałem ostatnie siły, poczułem, że chcę coś zmienić. I nie żałuję.

Wybrałem prywatny ośrodek terapii uzależnień, bo zależało mi na pobycie w oddalonym od miasta miejscu, niewielkiej, kilkuosobowej grupie, indywidualnym podejściu, dobrej atmosferze, spokoju i ciszy. Znalazłem to wszystko na Mazurach.

Początek nie był łatwy. Byłem spięty, targany obawami i wątpliwościami. Co oni tu ze mną zrobią? Jak to, trzy tygodnie wyjęte z życia? A co z pracą, z zaległymi sprawami? Gdy to teraz wspominam, uśmiecham się. Wiem też, że gdybym nie zdecydował się wtedy na terapię alkoholową, tkwiłbym dalej w beznadziei, brnął w dół. Problemy zawodowe, które mnie przerastały i wydawały się nie do przeskoczenia widzę teraz w innym świetle i po prostu rozwiązuję je krok po kroku. Jest zdecydowanie lepiej.

Na początku było ostro. I… bardzo dobrze, bo pozwoliło to przełamać blokady. Napięcie znikło już po kilku pierwszych godzinach zajęć. To zasługa terapeuty, Marka Wysogrockiego, który potrafi stworzyć przyjazną atmosferę i wzbudzić zaufanie, bo sam nie tylko ma dużą (i praktyczną!) wiedzę na temat alkoholizmu, umiejętność przekazania jej i doświadczenie w prowadzeniu terapii, ale przede wszystkim jest autentyczny. Po prostu można (i warto) mu zaufać.

Na terapii mówisz tylko to, co chcesz o sobie powiedzieć. Nikt Cię nie zmusza do osobistych wynurzeń. Jeśli odczuwasz potrzebę podzielenia się głębszymi przemyśleniami i wątpliwościami, zawsze jest czas na szczere rozmowy, czy z terapeutą, czy z innymi „pacjentami” na terapii.

Marek koncentruje się na rozwiązywaniu problemów, nie na rozpamiętywaniu przeszłości. Pokazuje, że trzeźwe życie jest wartościowe, i że może być fantastyczne. Nie użalaliśmy się nad sobą. Choć dotykaliśmy spraw trudnych i bolesnych, to równie często towarzyszył nam uśmiech!

Zajęcia były intensywne, rozłożone na cały dzień, ale nigdy nie było przynudzania, akademickiej teorii. Nadawaliśmy na tych samych falach, bez bariery nauczyciel-uczeń. Był też czas na wypoczynek, wędrówki po lesie, czasem gdy ktoś miał na to ochotę, wsiadał na rower. W ośrodku jest świetne jedzenie, przyjazna, ciepła atmosfera, a dookoła fantastyczne krajobrazy – ogród, prywatne jezioro, las, pagórkowate pola i łąki. To miejsce jest wyjątkowe i umożliwia skoncentrowanie się na spokojnej pracy nad sobą. 

Czuję, że te trzy tygodnie były dla mnie przełomowe. Wstaję rano z pozytywną energią i spokojnie zaczynam każdy dzień. Wiem, jak rozpoznawać symptomy, i jak sobie radzić z problemami, by nie wrócić na „ciemną stronę mocy”. A przy tym nie jestem żałosnym smutasem, przeciwnie –  towarzyszy mi uśmiech i dobra energia, dzięki której działam sprawnie.

Jeśli masz teraz podobne wahania, jak ja przed podjęciem terapii, chciałbym Ci z pełnym przekonaniem powiedzieć, że naprawdę warto! W ośrodku na Mazurach nie mordują, i nawet nie torturują, a bilans zysków i strat po zakończeniu terapii może Cię mocno zaskoczyć, gdy okaże się, że górę zdecydowanie biorą te pierwsze.

Mariusz, październik 2014, tel. 507-097-947

Tomek:

Położenie ośrodka gwarantuje spokój i dyskrecję, które są tak potrzebne, aby móc skupić się na ciężkiej pracy nad sobą. 

Marek jest profesjonalnym terapeutą, który bez litości nie pozwala ślizgać się po temacie choroby. Potrafi prosto w twarz wygarnąć całą prawdę. Może to boleć na początku, ale po czasie, gdy zrozumie się mechanizmy choroby, widać, że jest to dobre rozwiązanie. Niestety, alkoholikowi trzeba rozbić skorupę, którą się otacza, pielęgnując swoje picie. 

Mój ośmiotygodniowy kontakt z Markiem był bardzo dynamiczny… A teraz wybieram się na tydzień do ośrodka na Mazury, żeby podładować akumulatory….  

Długo można by pisać. Marka trzeba po prostu poznać.

Tomek, 2014.03.26

maga:

Pierwsze spotkanie, pierwsze wrażenia: obcesowy, surowy, twardy, trudny, bezkompromisowy, kto wie – może tyran? „…co to będzie, co to będzie?”

Pierwsze, drugie zajęcia, jedna myśl zaprząta mi głowę – wyzwanie, gigantyczne wyzwanie! Tak, Marek dla nas, pacjentów, był wyzwaniem. Nie lubi półsłówek, półśrodków, niedomówień. Za to lubi prostolinijność, szczerość, uczciwość (niewyobrażalnie trudne, przynajmniej na początku) i nazywa rzeczy takimi, jakie są, a nie jak nam, pacjentom, się wydaje.

Prawda o tej chorobie nie ma dla niego tajemnic. Stawia trudne zadania, zmusza do myślenia, pracuje konkretnie, punktuje celnie. Czasami to nieprzyjemne, boli, ale jednocześnie oczyszcza i pozwala spojrzeć na siebie, jak nigdy wcześniej, przede wszystkim prawdziwie i trzeźwo. A o to przecież chodzi.

Wymaga od Siebie niebezpiecznie dużo, jednocześnie oczekując od nas 100% zaangażowania. W tym twardzielu jest dużo empatii, zrozumienia i pokłady wrażliwości.

Marek przeprowadził mnie przez meandry wątpliwości, niegodzeń, lęków, utraconych i zyskanych nadziei. Wskazał drogowskazy i pokazał właściwe miary. Dziękuję, dziękuję, dziękuję.

Pamiętam jednak o tym, że to ja muszę chcieć, że to ja pracuję codziennie, że to ja trzymam się wyznaczonych zasad, że to ja w końcu polubiłam jedno z najbanalniejszych zdań o mega rażeniu: „DZISIAJ SIĘ NIE NAPIJĘ” – i tego się trzymam.

maga

Lucyna i Jurek:

Jeśli masz problem z osobą uzależnioną, jeśli Twoje dziecko sięgnęło dna, widzisz jak tonie w morzu wódki i nie wiesz jak mu pomóc, co robić? Mimo, że kochasz je miłością bezgraniczną – jesteś bezsilny?! Błagasz o pomoc Boga.

Okazywanej Ci wzgardy i upokorzenia nie jesteś w stanie już przeżyć? Wstydu przed ludźmi i najbliższą rodziną, który eliminuje Cię z życia?!
Policja, psycholodzy i inni mądrzy mówią Ci: Nic nie zmienisz, jeśli Twoje ukochane dziecko wybiera wódkę – bo lubi.

Twoje prośby, zaklęcia nie odnoszą skutku. Rozmowy są ignorowane. Zamykasz uszy, gdy w Twoją stronę leci stek wulgaryzmów. Jesteś ofiarą przemocy, lecz znosisz to w imię miłości do dziecka.
Zadajesz sobie pytanie: Gdzie popełniłeś błąd? Co zrobiłeś nie tak?
Nie poddawaj się!

Jest człowiek, który odmieni Twoje życie. Potrafił rozmawiać z moim dzieckiem, godzinami prowadził dyskusje, które przeorały jego psychikę, zmieniając myślenie. Pokazał mu światło w tunelu i przeprowadził przez rwącą rzekę wódki na drugą stronę. Odmienił życie naszego dziecka. Jesteśmy Mu wdzięczni! Wiemy, że możemy na Niego liczyć. Wiemy, że będzie służył wsparciem i fachową radą o każdej porze dnia i nocy.  

Strach przed tą okrutną chorobą jest wciąż obecny. Dlatego informujemy wszystkich, którzy potrzebują pomocy, że istnieje człowiek, który Wam pomoże, nie zostawi bez pomocy…to Marek Wysogrocki. Dziękujemy Ci, Marku.

Lucyna i Jurek, rodzice Bartka

Bartek:

…nie chcę myśleć gdzie byłbym dzisiaj…

Fantastyczna rodzina, dobra praca, dobre zarobki, dom z ogrodem, wszystko co by się wydawało potrzebne do godnego bytu. Do tego wszystkiego dochodziło uzależnienie.

Jak rozładować napięcia, stresy, niepowodzenia czy radości dnia codziennego? Znałem TYLKO jedną metodę – wypić i pić do momentu, aż wszystko będzie obok mnie. Upodlenie alkoholem dawało rezultaty… i przynosiło kolejne konsekwencje. Piłem i zapominałem, a gdy budziłem się, musiałem stawić czoło temu, co się wydarzyło po pijaku. PIŁEM wtedy jeszcze więcej i jeszcze dłużej, aż ciało mówiło STOP.

Konsekwencje picia doprowadziły mnie do komisji rozwiązywania problemów alkoholowych… Siedział tam i szyderczo zerkał spod oka!!! ON wiedział, że przyszedłem tam ze stekiem kłamstw i bzdur, które będę im wciskał, żeby dali sobie spokój z umoralnianiem mnie. Myślami byłem przy gorzkiej żołądkowej!

Skończyło się ustaleniem wizyt terapeutycznych u „szyderczego” specjalisty. Mój komfort picia wisiał na włosku. Droga do trzeźwienia zaczynała się – byłem nieświadomy co mnie czeka!

Marek, bo tak ma na imię ów specjalista, bardzo szybko demaskował mnie i zdjął maskę, za którą się ukrywałem. NIKT, ale to NIKT nie był w stanie tak zbliżyć się do mojego wnętrza, a było w moim życiu wielu przyjaciół, znajomych i bliskich osób, które próbowały wielu metod i sztuczek. Bez rezultatu. Ile to razy słyszeli, że dzisiaj to już ostatni raz, ile razy słyszeli moje bezsensowne tłumaczenia, wykręty, zakłamane myśli. Marek spotkanie po spotkaniu „rozbrajał bombę”.

Wiedział, jak zagadać; wiedział, o co spytać i wiedział, co powinienem zrobić, żeby w najtrudniejszych momentach nie poddać się. On do mnie po prostu trafiał. To był okres, kiedy mu bezgranicznie powierzyłem swoje życie.

Wahania nastrojów z tygodnia na tydzień stabilizowały się. Marek Terapeuta był dla mnie jak ojciec, który wprowadza w życie swoje dziecko. Na nowo zaczynałem doświadczać wszystkiego, na nowo odkrywałem świat, tylko że tym razem wszystko pamiętałem, tym razem nie było kaca!!!

Mareczku, od stycznia 2010 roku wspierasz mnie w tych trudny i tych „prze-fantastycznych” momentach mojego przytomnego funkcjonowania. Uważam, że musiało się kilka rzeczy wydarzyć , żebym zaczął doceniać wszystkich i wszystko, co mnie otacza. Cieszyć się tym, co rzeczywiście jest ważne, istotne. Uważam, że moją teraźniejszą postawę zawdzięczam Twojemu specyficznemu podejściu. Na mnie to podejście zadziałało i dzisiaj mam się świetnie!

Bartek – alkoholik…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.