Noworoczne postanowienia – czyli o tym czy warto je robić, jak ich dotrzymać i skutecznie realizować

Koniec roku to czas refleksji nad tym, co było oraz okres składania obietnic − także innym, ale przede wszystkim sobie. Ma to wymiar symboliczny. Wkraczamy w nowy etap naszego życia.

Nowy rok to nowy początek, mamy czystą kartę. Podejmujemy nowe wyzwania i wierzymy, że tym razem na pewno uda się je zrealizować…
Z nadzieją witamy wizję lepszego, przyjemniejszego i bardziej poukładanego życia.

Problem zaczyna się w momencie, gdy plany i obietnice zderzają się z rzeczywistością. Wraca codzienna praca, odzywają się kłopoty finansowe, w oddali słychać płaczące dziecko lub niezadowolonego z życia partnera. Do tego na zewnątrz panuje cholernie zimowa aura…

Powzięte postanowienia odkładamy na półkę, gdzie czekają na kolejną magiczną datę…

Według naukowców tylko 8% noworocznych postanowień znajduje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Czyli 92% swoich obietnic w ogóle nie zrealizujemy.
Czy postanowienia noworoczne mają zatem jakikolwiek sens? Czy warto zawracać sobie głowę czymś, czego najprawdopodobniej i tak nigdy nie wcielimy w czyn?

Kto z nas chociaż raz w życiu nie powziął noworocznego postanowienia?
Ja kiedyś niezwykle ochoczo tworzyłam takie listy, entuzjastycznie dopisując do nich kolejne punkty. Nie były to oryginalne rzeczy.

W czasach szkolnych zawsze obiecywałam sobie bardziej „przyłożyć się” do nauki. W czasach, kiedy ważyłam za dużo, priorytetem była dieta. Kiedy moja waga mnie zadowalała, chciałam być jeszcze bardziej „fit”, przestać zaglądać do szafki ze słodyczami i w ogóle jeść mega zdrowo.
Od każdego 1. stycznia rzucałam też palenie.

Dyskusyjny był dla mnie zawsze moment rozpoczęcia urzeczywistniania wszystkich tych założeń.

Czy zacząć od razu po północy?
W trakcie sylwestrowej zabawy było to trudne.

Czy dopiero rano, jak się obudzę?
No, ale wtedy nowy rok trwał już kilka godzin… Czyli nie zaczęłam idealnie… to dopiero początek, a ja już robię odstępstwa…
Zatem to jest właściwy moment, żeby z owych postanowień się wycofać…

Jeśli nie zrezygnowałam od razu, to i tak o wszystkich złożonych sobie obietnicach zapominałam mniej więcej po dwóch tygodniach.

Od kilku lat nie robię już typowych postanowień i o dziwo wszystkie moje cele realizuję znacznie efektywniej!
Jak to się stało? Co zrobić, żeby faktycznie wywiązać się ze swoich noworocznych obietnic?

Zrozumiałam, że kluczem do sukcesu jest przede wszystkim rezygnacja z tworzenia listy postanowień na rzecz wyznaczania sobie celów. Powiecie pewnie: Co to za różnica?! Otóż diametralna!

Postanowienia noworoczne to nic innego jak mało sprecyzowane zachcianki. Bo co to oznacza, że schudniemy, czy nauczymy się języka? Zmienimy pracę na lepszą? Jaką pracę możemy z czystym sumieniem nazwać „tą lepszą”?
Jeżeli stawiamy przed sobą coś, co jest totalną niewiadomą, to nigdy nie będziemy w stanie tego zrealizować!

Jak zatem dotrzeć do obranego przez nas celu i nie poddać się po drodze?

Zacznijmy od odpowiedzi na trzy ważne pytania:
• Co zamierzam zrobić? – Jeśli nie wiemy dokąd idziemy, to prawdopodobnie nigdy tam nie trafimy.
• Jak zamierzam to zrobić? – Istotne jest dopasowanie obietnic do naszego trybu życia.
• Kiedy zamierzam to zrobić? – Wyznaczmy sobie ramy czasowe.

Mierzmy siły na zamiary. Cel powinien mieścić się w granicach naszych możliwości. Musi nas motywować, oznaczać lepsze życie, nową jakość. Równocześnie musi być realistyczny, możliwy do osiągnięcia.

Realizację głównego celu warto rozłożyć na etapy. To duży cel musi być wartością, motorem do działania. Nie możemy jednak z dziecięcą naiwnością wymagać od naszego umysłu oraz ciała rzeczy w danym momencie nieosiągalnych. Dlatego metoda małych kroków jest najlepszym sposobem realizacji celu głównego.

Sprawdzajmy co jakiś czas nasze postępy. Nawet małe sukcesy będą nas motywować do wytrwania w postanowieniu.

• Zastanówmy się, dlaczego dążymy do realizacji danego celu. Co nam to da? Jakie będziemy mieć z tego korzyści?

• Stwórzmy konkretny plan działania. Bez planu jesteśmy jak dzieci we mgle.
Dziecko we mgle porusza się po omacku. Chodzi bez celu, jedynie z nadzieją, że gdzieś w końcu dojdzie – gdzieś, gdzie ta mgła się wreszcie skończy.

Często wydaje nam się, że wiemy co chcemy… tak ogólnie, w zarysie. Teraz pora zastanowić się nad tym, co należy zrobić, by znaleźć się tam, gdzie chcemy być.

• Przygotujmy się na występujące przeszkody. Nie zawsze się uda. Niepowodzenia są wpisane w nasze życie. Jednak i to może być szansa na rozwój. Wyciągajmy wnioski z każdego potknięcia i próbujmy jeszcze raz!

• Wyznaczajmy cele według reguły SMART (Simple, Measurable, Achievable, Relevant, Timely defined).
Oznacza to, że cel, który chcemy osiągnąć, musi być:
– Konkretny,
– Mierzalny,
– Osiągalny,
– Realistyczny,
– Określony w jasnych ramach czasowych.

Na koniec zostawmy sobie trochę czasu wolnego na spontaniczność.
Życia nie da się zaplanować od 1. stycznia do 31. grudnia. Życie możemy jedynie przeżyć najlepiej jak potrafimy – w pełni i szczęśliwie.
Czasem warto poddać się chwili i porzucić starannie zaplanowaną strategię.

Kluczem do trwania w noworocznych postanowieniach jest poznanie siebie, swoich pragnień i emocji. Jeśli odkryjesz, co tak naprawdę napędza Cię do działania oraz sprawia Ci radość, będziesz na właściwej drodze!

Czy z naszymi marzeniami, planami na siebie i innymi rzeczami trzeba czekać do nowego roku?

„Twoje życie zmienia się w chwili, kiedy podejmujesz nową decyzję z zamiarem jej konsekwentnego i bezwzględnego realizowania” – napisał Anthony Robbins (amerykański doradca życiowy, motywujący ludzi poprzez przekazywanie swoich życiowych doświadczeń i wiedzy).

Każdy moment jest dobry na zmianę, niekoniecznie musi być to akurat 1. stycznia. Dlatego, jeśli rzeczywiście zależy nam na tym, aby zmienić coś w swoim życiu, po prostu zacznijmy to robić.

Jeśli chcesz coś wcielić w życie, spełnić, zmienić − zrób to teraz.
Odkładając coś na później ryzykujesz, że może być na to już po prostu za późno…

Agnieszka

 

PS – za zgodą Agnieszki

No to widzimy dziś zupełnie inną Agnieszkę! Jak zwykle mądrą i dociekliwą.
Warto się głęboko zastanowić nad przemyśleniami mojej „wspólniczki” − może nawet stosować. Ale …

Ja zawsze jakieś ALE mieć MUSZĘ, więc: czy dla nas, bo o sobie tu piszemy, czyli o osobach uzależnionych, chorych na uzależnienie od ALKOHOLU, nie jest to zbyt skomplikowane na początku drogi trzeźwienia?

Może warto stosować metody prostsze? Może warto przypomnieć sobie „Plan na każdy dzień” Wiktora Osiatyńskiego (piszę o tym w tekście „Mądre, proste, więc…warto stosować!” − http://rozwoj-trzezwej-osobowosci.pl/madre-proste-wiec-warto-stosowac/).

A może po prostu Program 24 godzin, czyli dziś nie piję?

Marek

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.