Nie planowałam bycia alkoholiczką…

Z postaci na literę „a” – być może artystką, aktorką, w ostateczności ambitną aktywistką. Uważałam się za materiał na kobietę sukcesu: uczyłam się w szkole artystycznej, miałam nieco talentu, byłam pracowita i dość lubiana.

Kiedy ktoś pyta, jak to się stało, że zostałam alkoholiczką – mimo że wszelkie „jak” i „dlaczego” nie mają już dla mnie znaczenia – odpowiadam, że zaczęłam pić alkohol jako „lekarstwo na coś”. I szybko się do tego lekarstwa przyzwyczaiłam. Tak bardzo, że życie bez niego wydawało mi się niemożliwe.

Pierwszy kieliszek, który wypiłam mając piętnaście lat, był „na stres” i „na zapomnienie”. Rok później miałam już własną butelkę, ukrytą za książkami na wypadek różnych dusznych rozterek. Raz na jakiś czas, w głębokiej konspiracji, wypijałam jeden, dwa kieliszki.

Co ciekawe, miałam przy tym przeczucie wkraczania w niebezpieczne rewiry: gdy miałam siedemnaście lat, napisałam w pamiętniku, że starość spędzać pewnie będę na oddziale odwykowym. Niejasne obawy blakły jednak wobec atrakcji, jakie oferował alkohol.

Po zajęciach w szkole, żmudnych ćwiczeniach i koncertach alkohol mamił wizją przełączenia się na wolne obroty. Piłam coraz więcej, na prywatkach i podczas wakacji. Nikt nie doniósł.

Nawet gdy na studniówce upiłam się niemal do nieprzytomności, nie poniosłam konsekwencji – byłam prymuską. Rosło we mnie poczucie bezkarności, połączone z przekonaniem o wyjątkowości problemów, którymi uzasadniałam sięganie po kieliszek.

W samodzielne, dorosłe życie weszłam z postanowieniem zmiany, podjętym po śmierci bliskich osób. Wybrałam studia psychologiczne, zaangażowałam się w działalność społeczną. Poszukiwałam odpowiedzi na pytania o tożsamość i wiarę. Alkohol niemal zniknął z mojego życia. Nie na długo jednak – wystarczył kolejny poważniejszy kryzys.

Szybko okazało się, że piję inaczej niż moi znajomi, szukałam więc stosownego towarzystwa, w którym zyskałam opinię „męskiej głowy”. Potrzebowałam coraz większych dawek. Spokojne życie – studia i praca – przestało mi wystarczać.

Wróciłam do branży artystycznej, zostałam członkiem renomowanego zespołu. Trema, adrenalina, sukces, porażka, huśtawka nastrojów i doznań – znakomite preteksty do wypicia kilku kieliszków „na odreagowanie”.

Dni odpoczynku, z reguły wyglądające tak samo: zaciągnięte zasłony, wyłączony telefon – i butelka przy łóżku. Już narastały konsekwencje picia: poranieni bliscy, poobrażani znajomi, wstyd i poczucie winy. Już wiedziałam, że przed uzależnieniem nie zaimpregnowała mnie wiedza akademicka ani pozycja zawodowa. Ciągle jednak łudziłam się, że mam czas, aby zwrócić się o pomoc: miałam przecież tylko dwadzieścia parę lat. Bardziej niż konsekwencji picia bałam się, że ktoś mi odbierze butelkę.

Gdy zaproponowano mi pracę w stolicy, łudziłam się, że będzie to dla mnie oznaczać nie tylko awans, ale i szansę ucieczki od alkoholu. Istotnie, nowe otoczenie i obowiązki przez jakiś czas odgradzały mnie od picia. Gdy jednak udało mi się wypracować stabilną pozycję, znów sięgnęłam po alkohol. I z upływem kolejnych kilku lat sięgałam coraz częściej.

Żyłam w dwóch światach, coraz mniej symetrycznych. W dni robocze byłam jeszcze w miarę twórcza i efektywna, w weekendy i wieczorami – pijana, użalająca się i coraz bardziej zbrzydzona sobą. Z czasem miałam coraz większe trudności z zebraniem się do ukochanej firmy.

Maska sprawnej businesswoman zaczęła się odklejać, choć wkładałam masę energii w zatuszowanie prawdy. Starałam się pić sama albo w przyzwalającym i bezpiecznym towarzystwie. Z miernym skutkiem. Podczas którejś imprezy nagrano mój pijacki „występ” na video. Przerażona blamażem i dekonspiracją pomyślałam, że czas już sięgnąć po pomoc.

Spalona wstydem, skurczona z zażenowania, poszłam na miting Anonimowych Alkoholików. Już po paru minutach uznałam, że to nie dla mnie. Rozglądałam się po sali i punktowałam wszystkich, od których w moim przekonaniu dzieliła mnie przepaść. Wyszłam z głębokim przeświadczeniem, że to nie dla mnie. Być może jestem alkoholiczką, ale inną. Lepszą.

Historie, o których słyszałam, nie mogą przecież mnie spotkać! Poradzę sobie. Sama. Na kilka kolejnych mityngów poszłam jedynie po to, aby się utwierdzić w tym przekonaniu. Po czym rozpoczęłam systematyczne udowadnianie, że panuję nad życiem, panuję nad piciem – a tym samym wkroczyłam w najgorsze dwa lata mojej historii.

Odcięłam się od rodziny, obraziłam ostatnich przyjaciół. Zaprzepaściłam poważny związek. Pobyt na zagranicznym stypendium przepiłam od pierwszego do ostatniego dnia. W noc poprzedzającą najważniejsze wydarzenie w mojej karierze upiłam się tak, że nazajutrz dobrowolnie znikłam ze sceny.

Alkohol dawno już mnie zdradził: nie przynosił uspokojenia, przeciwnie – zaostrzał ból i nicował nerwy, wzmagał nienawiść do siebie i wyzwalał autoagresję. To, że przeżyłam ostatnie wielodniowe picie, mogę rozpatrywać wyłącznie w kategorii cudu.

Nie wiem, w którym dokładnie momencie zaczęła kiełkować we mnie – zrazu cicha i rozpaczliwa – chęć życia. Innego życia. Znów zaczęłam chodzić na mitingi AA, choć jeszcze nie udawało mi się utrzymywać całkowitej abstynencji. Wreszcie któregoś wieczora, gdy niemal odruchowo sięgnęłam po butelkę, coś w duszy spytało mnie: „A może by tak spróbować właśnie dzisiaj? Ten pierwszy raz? Nie napić się, mimo że tak bardzo mi się chce?” Posłuchałam tego głosu. Tego dnia się nie napiłam.

Podobnie przez kolejne sześć lat.

Podstawą mojego trzeźwienia było – i jest nadal – uczestnictwo we wspólnocie AA. Początkowo byłam przeświadczona, że to dla mnie jedyna droga. AA gwarantowało mi oparcie, bezpieczeństwo i schronienie. Tam deponowałam mój lęk, ból i wstyd. Tak, ciągle wstydziłam się, że jestem alkoholiczką – do tego stopnia, że nie wyobrażałam sobie zgłoszenia się na profesjonalną terapię. Coś, z czego korzystali inni alkoholicy, było nadal „nie dla mnie”.

Jednak dzięki wspólnocie AA moje nawyki, sposób myślenia i przekonania powoli ulegały zmianom. Zaczęłam zawierać przyjaźnie i coraz śmielej mówić o sobie. To, czego uczyłam się na mitingach, próbowałam wprowadzać w codzienne życie, które stopniowo nabierało barw. Zaczęłam cenić każdy dzień, czerpać radość z najprostszych rzeczy, mierzyć się z problemami, brać odpowiedzialność za to, co mówię i robię. Nieśmiało, cegiełka po cegiełce, budowałam wiarę w Boga. I szacunek do samej siebie.

W miarę uczestnictwa w programie AA w miejsce wstydu z wolna pojawiała się akceptacja faktu, że jestem alkoholiczką. Gdy po pięciu latach abstynencji przeszłam poważny kryzys, zwany fachowo „nawrotem”, nie sięgnęłam po kieliszek.

Zdecydowałam się rozstać z kolejnym starym przekonaniem i podjęłam leczenie w profesjonalnym ośrodku terapii uzależnień. Dziś jestem absolutnie pewna, że wszystko, co dobre dla innych alkoholików, jest również dobre dla mnie.

Mam dobre życie. Znów są w nim bliscy ludzie. Przybywa spokoju i ufności. Ciągle się uczę siebie, poznaję swoje rzeczywiste możliwości i ograniczenia. Znowu mam marzenia. Nie mrzonki, ale prawdziwe, pełne nadziei marzenia. I coraz więcej odwagi i cierpliwości w ich realizacji.

Elżbieta – alkoholiczka

1 komentarz

  1. D

    Wielka strata pięknych lat życia. Okropna choroba, która przynosi cierpienie rodzinie. Potrzebna jest edukacja młodych ludzi i brak przyzwolenia społecznego na picie alkoholu w dużych ilościach. Tylko życie bez alkoholu może być szczęśliwe.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.