Moja przepustka do trzeźwości – czyli o tym, czym jest dla mnie moja trzeźwość

Czym jest dla mnie moja trzeźwość?
Zapytał mnie kiedyś o to Marek na zajęciach.

To nie był początek terapii…, terapia zresztą też nie była moja pierwsza. Była natomiast pierwszą, którą zamierzałam skończyć. Tak naprawdę, bez ściemy i ślizgania się.
Pytanie jak pytanie, wiele pytań na terapii zadają…. A ja przecież na każde umiem świetnie odpowiedzieć…. Zagotowałam się zatem jak byczek Fernando przed walką, przygotowałam do ataku… i zanim zdążyłam rozbłysnąć − zgasłam. No bo jak to, będzie mnie tu pytał o rzeczy oczywiste? Będę mu tłumaczyć świat…?

Oho, no pewnie! Ja doskonale wiem, czym jest trzeźwość. Nie chcę przecież, żeby ta pieprzona wóda rządziła moim życiem, nie chcę jej po prostu więcej chlać. Co tu wyjaśniać? Zresztą to nie szkoła, tu nie ma dwójek, piątek też nie ma, więc ja sobie nie życzę takiego wyrywania do odpowiedzi.

Reszta grupy nie miała problemów z poradzeniem sobie z tym pytaniem; wszyscy, lepiej lub gorzej, ale coś jednak do powiedzenia mieli. Tylko ja nie. No i co z tego. Przecież nie piję…, długo nie piję…, miesiąc…. Długość jest bardzo względnym pojęciem. No więc długo.
I przecież dalej nie będę pić.

No tu akurat alkoholikowi nie wierzyłabym tak do końca…, ale przecież ja nie jestem jakimś tam dowolnym alkoholikiem…, ja wiem, że nie chcę pić. No i nie piję. I wszystko jest dobrze….

Tylko czy na pewno?

A może terapeuta nie bez powodu jest terapeutą? Może jednak nie wiem lepiej niż on i może miał trochę racji w tym, że żeby nie pić, to trzeba zrobić coś jeszcze…. Refleksje często przychodzą do mnie późno − ale przychodzą.

Utrzymywanie abstynencji to, owszem, bardzo ważny krok w procesie trzeźwienia. Krok konieczny, ale zdecydowanie niewystarczający. To taki mały, niepewny jeszcze kroczek, który przy odrobinie tego „czegoś jeszcze” ma ogromną szansę nie zakończyć się upadkiem.

Przeczytałam gdzieś ostatnio, że trzeźwość to „styl życia”. Ładnie. W czasach mody na „bycie fit” i „niepalenie” może się nawet sprawdzić. W przypadku osoby zdrowej.

Dla alkoholika trzeźwość ma zupełnie inny wymiar. Trzeźwość to nie styl życia, ale „życiowa droga”. I nie musi być ona drogą przez piekło.

Trzeźwienie to proces. Dla mnie zaczął się on nie w chwili, kiedy przestałam pić, lecz dużo później. Kiedy zmieniłam swój stosunek do alkoholu. Bardzo długo próbowałam z alkoholem walczyć. I nawet jeśli udało mi się wygrać jakąś rundę, to walki z nim nie wygrałam nigdy. Zrozumiałam, że walczyłam z nierównym przeciwnikiem, nad którym nigdy nie przejmę kontroli. To on bowiem przejął kontrolę nade mną. Zrozumiałam, że jestem wobec niego bezsilna. I zaakceptowałam to. Poddałam się, bo nie chciałam wiecznie obrywać.

Akceptacja faktu, że jest się osobą uzależnioną, chorą, to podobno bardzo ważny moment w procesie trzeźwienia. Ja mam go już za sobą. Tylko co teraz? Jak żyć?

Tego jeszcze nie wiem. Ale wiem już, od czego moje trzeźwienie chciałabym zacząć.

Chciałabym wreszcie pokochać siebie.
Pogodzić się z tą małą dziewczynką, która pomimo moich trzydziestu kilku lat, wciąż we mnie jest. Zaopiekować się nią, posłuchać, czego chce i wreszcie zacząć jej to dawać.

Chcę ją chwalić, akceptować wszystkie jej działania. Pokazać jej, że może wygrywać, a porażki to tylko trampoliny do sukcesu. Chcę mieć do niej zaufanie i umieć jej wybaczać. Być blisko niej i wspierać we wszystkim, co robi.

Wierzyć w nią. Zachwycać się jej pięknem i dawać to, czego pragnie. Karmić dobrym pożywieniem i równie dobrymi myślami. Sprawiać jej przyjemności i uczyć, że nie musi mieć z ich powodu poczucia winy.

Chcę jej słuchać i próbować zrozumieć. Chcę być jej rodzicem. Rodzicem akceptującym i kochającym. Bezwarunkowo kochającym.
Chcę, żeby była szczęśliwa!

Agnieszka

4 komentarze

  1. Fruuu

    Jestem pod wrażeniem…tekst piękny….czuć tu chęć poznania innej jakości życia, życia bez przepychanki, bez walki….
    …uznanie swojej bezsilności wobec alkoholu jest jak zrzucenie olbrzymiego ciężaru, bez którego jest „fajne”

  2. Bushi

    Bardzo mi się podoba ten tekst, ważna abstynencja, ważne trzeźwienie, zmiana i akceptacja siebie. Życzę Ci realizacji planów i spotkania na szlaku trzeźwości. Bo tak naprawdę wszystko zależy od nas samych.

  3. Ruda

    302 dni czyli traktat o czasie danym na nowo
    10 miesięcy − czy to dużo, czy mało? 302 dni już inaczej brzmi. Czy te 302 dni to już jakiś sukces? Właśnie tyle jestem po terapii, 10 miesięcy w pionie.
    Na pewno to czas intensywnej pracy, czas wprowadzania tego, co uzyskałam na terapii, czas wyborów podejmowanych świadomie a nie na czy po „znieczuleniu”.
    Czas, kiedy pamiętam, co było wczoraj.
    Czas, kiedy zrozumiałam, że chcę a nie tylko muszę.
    Czas, kiedy poznałam wspaniałych przyjaciół, z którymi rozumiemy się bez słów, na których mogę liczyć w każdej sytuacji, którzy martwią się, gdy mnie nie widzą w poniedziałek, z którymi można przegadać każdą sprawę, kłopot, czy podzielić się radością.
    To czas, kiedy uczę się kochać siebie od nowa, kiedy uczę się patrzeć na siebie z miłością a nie pogardą, jak to było za czasów dryfowania w morzu alkoholu.
    To czas, kiedy uczę się, że moje potrzeby też są ważne, że nie jestem wyłącznie dla dzieci, domu, kuchni, sprzątania, zmywania, prania, czy też pracy zawodowej.
    To czas, kiedy uczę też bliskich, że jeśli nie będę pracować nad sobą, jeśli nie będę mieć czasu na: odpoczynek, na poniedziałek, to nic nie osiągnę, to te całe 10 miesięcy pójdzie na marne.
    To czas, kiedy znajduję chwilę na przyjemności: bieganie, ćwiczenia czy układanie puzzli z córką.
    Ale to także czas, w którym bywało trudno, kiedy wódka przypominała o sobie, że jest, że może wesprzeć, że da zapomnieć, że da tak dobrze mi znaną chwilę ukojenia czy zapomnienia.
    To czas zastanowienia czy warto sięgnąć po ten jeden (jeden na pewno, ha, ha, dobre), czy warto tym jednym krokiem albo bardziej ruchem ręki, stracić tyle rzeczy.
    To czas, który ukazuje mi, ile jeszcze pracy przede mną, pracy która będzie trwać do końca moich dni.
    To czas, w którym ożył mój kwiatek.
    To czas, w którym przygarnęłam psa, najlepszego przyjaciela, co mobilizuje do ruszenia tyłka z kanapy, dla którego nie istnieje „nie chce mi się”.
    To czas porzucania przyzwyczajeń, obranych dawno ścieżek.
    To czas na rozmowy z nieznajomym.
    To czas na zastanowienie czy tkwić w związku, w którym jestem niespełniona i nieszczęśliwa.
    To czas wielu emocji odkrywanych na nowo i uczenia się z nimi żyć.
    10 miesięcy czy to dużo czy mało?
    Wszystko zależy od punktu widzenia czy też siedzenia − dla mnie to bardzo ważny czas, czas dany na nowo, który starałam się wykorzystać najlepiej jak umiałam, bez „dupościsku”, czas w którym starałam się być szczęśliwa.
    Tylko tyle? Aż tyle!!!

  4. Fruuu

    Rudaaaaa….to Twój czas 😉 ….jak nie dzisiaj to kiedy….!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.