Daj sobie pomóc!

Przywiózł Go ojciec.
Przywiózł to za dużo powiedziane. Przyjechali dwoma samochodami. Na terapię?
Światełko mi się zapaliło, czerwone! Dwa, po co?
Taka niepokojąca pierwsza myśl.

Ojciec się przywitał, On chyba nie. Nie pytał, gdzie zostawić torbę, jakiś nieobecny był. Zaczynam mieć wątpliwości, czy jakąś torbę w ogóle miał.
On, na oko czterdziestolatek, ojciec rówieśnik mój.

Rozmowa trudna. Właściwie nazwanie tego rozmową to nadużycie. Monolog mój, z pytaniami, na które nie było odpowiedzi.
On w zasadzie nie mówił nic. Jeżeli się odezwał (co było ogromną rzadkością) to tak do siebie, do środka i niezrozumiale! Półsłówka.

Smutny, widać, że bardzo przeżywa sytuację, że dusi coś w sobie i…  z tym CZYMŚ pozostał do końca naszego dwugodzinnego prawie spotkania.
Terapia, pobyt… rozmowa… przekonywanie… relacja? Trudne, prawie niemożliwe.

Monologowałem, wzbijałem się na wyżyny, chciałem, próbowałem na wszelkie sposoby. Milczeliśmy. On milczał!
Więc po co przyjechałeś?
Uspokoić sumienie? Twoje czy ojca? Zadowolić starego?

Cała ta sytuacja bardzo mnie poruszyła i dała do myślenia. Do dziś nie mogę przejść nad tym do porządku dziennego.
Dałem więc sobie kilka dni na przemyślenie, refleksję, „wyrównanie oddechu” i myśli niepotrzebnych i… prowadzę tę rozmowę dalej, w myślach:

Daj sobie pomóc! − To do niego.
Czy kochasz siebie? − Do niego.
Marek, nie wszystkim jesteś w stanie pomóc! − Do siebie.
Nie wszyscy chcą twojej pomocy! − Do siebie.
Może to nie JEGO czas? − W przestrzeń.

Pytań dużo, ale już spokojniej.
Nie został! Jestem przekonany (prawie), że nie był gotowy.
Bał się!?
Kogo?

Myślę, że siebie, ale…
Ale najbardziej bał się swoich uczuć, bał się rozmowy o sobie, o tym co w nim „siedzi’, myślę, że wręcz targały nim te uczucia.

Można by to próbować nazwać, opisać, zdiagnozować, ale…
Ale ja jestem tylko (a może aż) terapeutą uzależnień, nie znoszę wchodzenia w kompetencje innych i nie chcę wychodzić przed szereg.

Wiem jedno − On potrzebuje pomocy, pomocy bardzo specjalistycznej. Psycholog? Psychiatra? Może od tego trzeba rozpocząć leczenie.
Ale… robić, pracować, pomóc sobie. Ja, jak już niejednokrotnie pisałem, podam rękę, będę wspierał, pracował!
Ale… daj sobie pomóc!

Jest kilka książek Wiktora Osiatyńskiego, a wśród nich: Grzech czy choroba. Nie będę się o grzechu rozpisywał, bo nie jestem teologiem, wiec o chorobie, ale tak na szybko.

Uzależnienie, alkoholizm jest chorobą, chorobą niezawinioną, natomiast jeżeli już wiem, że jestem chory, chory na chorobę śmiertelną, to powinienem, wręcz mam obowiązek się leczyć (to obowiązek i wybór twój a nie mój)! Pójść na terapię.

On już kiedyś był na terapii (nie u mnie). On powinien do niej wrócić. Wierzę, że zdąży.

I z innej beczki. Trochę radości, bo bycie terapeutą, możliwość pomocy innym, to super robota.
Dostałem SMS: zdjęcie uśmiechniętego faceta trzymającego nowo narodzone dziecko! I jedno słowo: Pozdrawiamy!

Ten radosny mężczyzna był na terapii gdzieś na przełomie września i października. Teraz tata, radosny tata!

Takiego życia po terapii wszystkim życzę!

Marek

PS
A tam na południu niech synek zdrowo i szczęśliwie się chowa.
M.

 

2 komentarze

  1. Fruuu

    Hej Mareczkuuuu 😉
    bardzoooo lubię Twoje teksty, jedne bardziej, drugie mniej do mnie przemawiają, ale wszystkieeee dają mi do myślenia i sprawiają, że zwalniam i mogę przysiąść na d…ie i odsapnąć, pokontemplować (wtedy wiem, że ten czas to tylko mój czas).
    Z 3 minutowego poczytania robi się godzina postoju, przekładam to wszystko na siebie, na rzeczywistość mnie otaczającą. Teraz też siedzę i myślę. Zastanawiam się, czemu nie jesteś schematem, „robotem”, terapeutą jakich wielu. Zastanawiam się, czy w Tobie nie ma za dużo empatii… dzisiaj jest i cieszę się, że doczekałem tego momentu. Jestem wdzięczny za rozmowę, za teksty, za hamulec, za to, że taki Marek pojawił się na mojej drodze.
    Znamy się troszkę i pełen szacun za to co robisz, za zaangażowanie, za postawę, za trud, jaki wkładasz w przygotowanie się do swoich zajęć, za analizę… fajnie, że w potężnym warsztacie swoich umiejętności, wiedzy, znajdujesz miejsce na uczuciowego, wrażliwego faceta. W relacjach z ludźmi rzecz dla mnie niezbędna.
    Kiedy czytam ten tekst, nasuwa mi się pytanie, co jeszcze mogę zrobić dla pacjenta…? Ale też pojawia się pytanie, co z jego gotowością, czy to ten moment? Wiedza, techniki, empatia, zaangażowanie i życzliwość nic nie dadzą, jak ktoś tej pomocy nie chce brać!!! Jestem pewien, że Twoje/nasze zawsze w głowie pacjenta zostają i tylko kwestia czasu, kiedy zaczną działać 😉
    Rób swoje, bo to kawał fantastycznej roboty… 😉 😉 😉 Znam takiegoooo jednego, Twojego, któremu dzisiaj całkiem fajnie w życie jest 😉 !

  2. Bushi

    Dzięki, że poruszyłeś problem strachu przed zmianami. Sam wiem, że chciałem być szczęśliwy i nie pić, ale co dalej, jak żyć? Na szczęście, moje szczęście, znalazłem ludzi, którzy pokazali mi trzeźwe życie. Szczęśliwie, pełne miłości życie. Wiem że życie w trzeźwości jest tym, czego chcę, ale strach przed zmianami został. Nie tak silny jak dawniej, ale jest. Na moje szczęście mam ludzi, którzy mi pomagają w trudnych chwilach, mam na myśli bliskich i swoją grupę aa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.