Cisza…

Rozmawialiśmy, Marku, któregoś razu o tym, czy to całe pisanie ma sens…
Ja się dziwiłam, przecież dopiero zaczęłam. Oczywiście, że ma sens… Ty miałeś wtedy chwilę zwątpienia… Bo tyle już napisałeś. Czy warto napisać coś jeszcze?

To teraz patrz, teraz Ty mnie posłuchaj!

Siedziałam właśnie przed komputerem, mętnym wzrokiem wpatrując się w monitor… Próbowałam coś napisać. Nadaremnie… Litery bezładnie rozlewały się po ekranie i kompletnie nic mi z tego pisania nie wychodziło.

Dzisiaj to ja straciłam sens… pisania, działania… coraz bardziej zmierzając w kierunku utraty sensu życia…

Tak bardzo chciałam się napić… To nie był taki zwyczajny alkoholowy głód… że czegoś nie dopilnowałam, o coś nie zadbałam… I że po prostu muszę coś zrobić, żeby minął.

Miałam bardzo jasno sprecyzowany cel, ochotę i potrzebę zrobienia tego, co kiedyś wychodziło mi najlepiej…

Chciałam runąć centralnie w dół, jeszcze raz poczuć, jak spadam w przepaść… Przecież to spadanie zawsze było takie ekscytujące… Tylko lądowanie było bolesne i psuło wszystko…

Pamiętacie „Opowieść o M.”?
Ta historia właśnie się zakończyła… i nie było „happy endu”.
Dlaczego?
Bo w życiu czasem tak jest, że ludzie po prostu do siebie nie pasują… Bo nie da się nikogo zmusić do miłości, nawet jeśli bardzo się staramy i bardzo chcemy, żeby ten ktoś nas kochał…

Masz ochotę, Marku, powiedzieć mi, że miałeś rację? Że wszystko ma swój czas i że to nie był jeszcze ten czas? Myślę, że bardzo nie chcesz mi tego mówić…

Myślę, że wiesz, że ja to wiem… i że tej racji oczywiście Ci nie przyznam… Wystarczy, jak załatwimy to chwilą milczenia… ciszy… konkretnie tej ciszy http://rozwoj-trzezwej-osobowosci.pl/sztuka-grafomanii/.

Ja tę ciszę dzisiaj bardzo dobrze „usłyszałam”… Zobaczyłam Twój klon, „niebo niebieskie, z białymi baranami”, małe jeziorko skąpane w słońcu i te wszystkie odcienie zieleni, które Ty też tam widziałeś…
I wtedy zrozumiałam… Wiem już, co zabolało najbardziej…

Rozstania się w życiu zdarzają… Są w nasze życie wpisane… Nikt nie jest nam dany na zawsze… Jedni ludzie odchodzą, ich miejsce zajmują inni… I ja niby o tym wiem… Ale wciąż nie mogę zrozumieć, jak ktoś może odejść ode mnie…

Ja z kimś rozstać się mogę, to zrozumiałe… Przecież nie muszę chcieć z kimś być… Ale jak można nie chcieć być ze mną?!

Jak widać można… I jak ja mam z tym teraz żyć?!
Wiem już, że jednak żyć z tym będę… Wiem też, od czego to życie zacząć powinnam…

Dopóki nie będę miała „ułożonych spraw” ze sobą, nie stworzę niczego z nikim innym… Żeby zbudować dobrą relację z drugim człowiekiem, najpierw muszę ułożyć ją z samą sobą… Moje szczęście nie będzie zależało od innych ludzi… będzie zależało jedynie ode mnie!

Niby to wszystko już wcześniej wiedziałam… Uparcie chciałam jednak wierzyć w to, że te dwie sprawy mogę „załatwić” równolegle… Jednak nie mogę. Zrobię to więc po kolei.

Uzależnienie od alkoholu to „choroba niezwykła uczuć niedojrzałych”, jak mawiał śp. dr Marcin Binek.
Mnie nie było dane Doktora Marcina poznać. Do czasu, kiedy żył, ja wolałam pić… Ale od Ciebie, Marku, bardzo dużo o Nim słyszałam.

Alkoholizm jest chorobą uczuć… Nie oznacza to wcale, że moja inteligencja emocjonalna nie zdążyła się nigdy wykształcić… Że jestem dziecinna i niedojrzała…
Moje emocje zostały po prostu mocno zaburzone w czasie, kiedy choroba alkoholowa się we mnie rozwijała…

Byłam pewna, że M. o tym dobrze wie… O tym, że moje irracjonalne czasem zachowania nie są przejawem infantylizmu, lecz tego, na co choruję…
Nie jestem idealna… Idealni ludzie nie jeżdżą do ośrodków odwykowych… Idealni ludzie nie istnieją…

Nie jestem arogancka i złośliwa… chyba, że ktoś mnie mocno zrani. Wtedy wystawiam kolce. Jeż też wystawia kolce, a przecież w gruncie rzeczy to bardzo sympatyczny i miły zwierzak.

Owszem, jestem nerwowa. Ludzie mają różne cechy… Jestem „emocjonalnie rozwalona”…? Przyganiał kocioł garnkowi…

Zawiodłam się… na swojej naiwności i ślepej wierze w to, co było absolutnie nierealne… Rozczarowałam się przeogromnie…

Czuję smutek, żal i wszechogarniający ból. Ból nie do zniesienia, na który nie ma żadnego cudownego lekarstwa… Trzeba go po prostu wytrzymać…

Czuję się zraniona na wskroś, jakby ktoś wyrwał kawałek mnie… Rany szarpane to najstraszniejszy rodzaj ran… Z reguły źle się goją i zawsze zostawiają dużą bliznę.

„Rany się zabliźniają, ale blizny rosną wraz z nami” – Stanisław Jerzy Lec, „Myśli nieuczesane”, 1957.
Z czasem te blizny bolą mniej…

Szukam odpowiedzi na jedno zasadnicze pytanie… Czy ja się zakochałam? Czy żyłam w iluzji, którą sama sobie stworzyłam… że mogę mieć wszystko od razu?

Niepotrzebnie dociekam… Dobrze, że mam tę ciszę… „Te kolory, spokój, natura wręcz mówią: odpoczywaj, posiedź, napełnij się… radością, spokojem, pięknem.”

Gdybyś, Marku, nie pisał, to nigdy bym tej ciszy w sobie nie odnalazła…

Agnieszka

PS za zgodą Agnieszki

Nie daje Agnieszka spokojnie roku skończyć.
Hm, teraz mam tylko resztki tego, co między uszami się gotuje.
Myślę, wręcz jestem pewien, że zaraz po Nowym Roku „solidnie” wspólniczce odpowiem, bo widzę tu co najmniej kilka spraw wartych przedyskutowania.

Marek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.